W poprzedniej notce pozwoliłem sobie, zainspirowany Orwellem, porównać nasz „salon” do chlewu. Minął tydzień, odkąd wiemy, że nie ma żadnych dowodów ani poszlak na obecność gen. Błasika w kokpicie, a nikt się nie wychylił. Zakaz przeprosin wciąż obowiązuje. Dlatego uważam, że porównanie naszego establishmentu do tego z „Folwarku zwierzęcego” było trafne.
Jednak tłumaczenie braku przeprosin wyłącznie tym, że jeśli ktoś się ześwinił, to już zawsze będzie świnią, jest dobroduszne i naiwne.
Proponuję spojrzeć na sprawę politycznie. Przeprosiny bywają zabójcze dla nienawiści i pogardy. Mogą zniszczyć te brzydkie uczucia u przepraszających, przepraszanych i wszystkich innych zaangażowanych w spór. Co stąd wynika? Skoro nie przepraszają, to znaczy, że ta nienawiść i pogarda są im potrzebne. Do czego? Do zachowania swojej pozycji. Gdy ma się prawie wszystkie media, to dość łatwo jest wypracować nienawiść i pogardę demokratycznej większości do tych, co trzeba. Nienawiść drugiej strony tylko to ułatwia.
Przeprosiny mogłyby zburzyć ten chlew. A tak można grzać racice w ciepłym gnoju jeszcze przez wiele, wiele lat.



Komentarze
Pokaż komentarze (40)