O syndromie poaborcyjnym wszyscy słyszeli. Mimo to proponuję zajrzeć na stronę Wikipedii. Co prawda artykuł pisany był przez kogoś z proaborcyjnym odchyleniem, ale można tam znaleźć trochę ciekawych informacji. Np. o badaniach według których kobiety po aborcji dwukrotnie częściej targały się na życie niż te po naturalnym poronieniu i sześciokrotnie częściej niż te po porodzie.
Kłopot polega na tym, że działacze pro-life twierdzą, że syndrom poaborcyjny istnieje, a działacze pro-choice, że nie. Komu wierzyć? Obie strony mają świadectwa kobiet na poparcie swoich tez. Ostatnio Magdalena Środa użyła świadectwa Marii Czubaszek, żeby na łamach GW rozprawić się ostatecznie z mitem syndromu poaborcyjnego.
Spróbujmy przyłożyć podobne rozumowanie do innej dolegliwości również związanej z aborcją, choć już nie aż tak ściśle. Są kobiety, które cierpią na raka szyjki macicy, są i wolne od tej choroby. Jaki wniosek powinniśmy stąd wyciągnąć powtarzając rozumowanie najbardziej znanej polskiej etyczki?
Bingo! Rak szyjki macicy nie istnieje!
Wracając do świadectw kobiet muszę też dodać, że gdy czytam o kobiecie, która zdecydowała się upublicznić swoje ciężkie doświadczenia związane z aborcją i jej bolesnymi konsekwencjami, to wydaje mi się ona znacznie bardziej wiarygodna od kobiety, która chwali się, że spłynęło to po niej jak woda po kaczce. W tym drugim przypadku zawsze z tyłu głowy pojawia się myśl, że taki właśnie sposób wybrała na uporanie się ze swoim syndromem poaborcyjnym.
Może agitację na rzecz nieistnienia syndromu poaborcyjnego usprawiedliwia chęć pomocy kobietom po aborcji w łagodniejszym odczuwaniu jej skutków? Niestety dzieje się to kosztem ułatwiania takiej decyzji kobietom nieświadomym jej ciężkich konsekwencji. Lepiej zapobiegać aborcji, niż łagodzić jej skutki.
Ostatecznie działaczom pro-choice potrafię przyznać rację tylko w jednym. Główny bohater aborcji, czyli dziecko, nie przeżywa syndromu poaborcyjnego.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)