Na taką narrację zdecydował się Jarosław Kaczyński w ostatnich dniach. Wcześniej mówił raczej coś w rodzaju: „zamachu nie można wykluczyć”. Przynamniej ja tak odbierałem jego „zamachowy” przekaz. Teraz wyraźne zaostrza narrację. Pojawiają się naturalne pytania. Co go do tego skłoniło? Jaki jest cel? Czy nowa narracja może przynieść skutek pozytywny dla jego partii? Zastrzegam, że nie potrafię na nie odpowiedzieć. Podzielę się tylko własnymi przemyśleniami i wątpliwościami.
Kaczyński najprawdopodobniej został przekonany, że ustalenia ekspertów zespołu parlamentarnego definitywnie obalają wersje katastrofy zawarte w raportach MAK i Millera i uprawdopodabniają możliwość zamachu. Musi jednak liczyć się z tym, że bardzo trudno będzie przebić się z taką informacją do nieprzekonanych. Większość Polaków nie chce wierzyć w zamach. Ci którzy chcieli, uwierzyli już dawno. Zespół parlamentarny i jego eksperci zostali przez główny przekaz medialny już dawno spacyfikowani, wrzuceni do worka „smoleńskiej sekty”. Kaczyński musi mieć tego świadomość. Mimo to zaostrzył narrację zamachową. Czy decyzję podjął tylko w oparciu o ogólnie dostępne informacje, czy może posiada jakieś istotne nowe?
Celem Kaczyńskiego może być udzielenie poparcia zespołowi parlamentarnemu, nadanie jego ustaleniom wyższej rangi, skierowanie uwagi opinii publicznej na wyniki jego badań. Może chodzić mu też o samo stawianie kwestii smoleńskiej w centrum uwagi przed zbliżającą się drugą rocznicą katastrofy. Do tego jednak nie jest niezbędne zaostrzanie retoryki zamachowej. Jeśli to zaostrzenie ma służyć tylko zachęceniu niezdecydowanych do zainteresowania się wynikami prac zespołu parlamentarnego, to uważam, że Kaczyński skazany jest na niepowodzenie. Może być ono kosztowne dla jego partii, ponieważ dodatkowo zniechęci do PiS, tych którzy w mniejszym lub większym stopniu wierzą, że katastrofa nie mogła być wynikiem zamachu.
Moim zdaniem nowa narracja raczej PiS zaszkodzi. Chyba, że pojawią się nowe istotne informacje wskazujące na możliwość zamachu. Informacje pochodzące nie z zespołu parlamentarnego i nie od jego ekspertów, tylko od instytucji, które przez niezdecydowanych nie są postrzegane jako „pisowskie”. Może Kaczyński ma już dostęp do takich informacji i nowa narracja jest tylko odpowiednim ustawieniem się przed ich upublicznieniem? Tylko w takim przypadku uważałbym ją za uzasadnioną. Myślę jednak, że to mało prawdopodobne i Kaczyński po prostu robi błąd.



Komentarze
Pokaż komentarze (74)