W poprzedniej notce wyjaśniłem, że incydent gruziński nie dostarczał żadnych racjonalnych przesłanek pomawiającym Lecha Kaczyńskiego o naciski na pilotów w czasie lotu do Smoleńska. Ustalony ostatecznie ich brak powinien dodatkowo sprzyjać ocknięciu się z umysłowego letargu w tej sprawie tych, którzy tak bardzo chcieli ten związek widzieć. Skoro główny przedmiot pożądania, tj. naciski na lądowanie w Smoleńsku, okazał się nieosiągalny, to i pozornie przybliżające do niego naciski na lot do Tbilisi, powinny stracić na znaczeniu. Tak się jednak nie stało. Mit incydentu gruzińskiego nie został zachwiany. Ten nieistotny, w kontekście całej wyprawy do Gruzji, epizod jest nadal ważnym czynnikiem mobilizującym przeciwników Lecha Kaczyńskiego. Dlaczego tak się dzieje?
Niesłabnące przywiązanie do incydentu gruzińskiego można w wielu przypadkach wytłumaczyć banalną nieumiejętnością przyznania się do błędu. Wstyd jest przyznać się, że wierzyło się w coś pozbawione sensu i dlatego próbuje się to za wszelką cenę racjonalizować. Klucz do rozumienia jego nieustającej atrakcyjności leży jednak moim zdaniem gdzie indziej.
Incydent gruziński jest wartością samą w sobie dla atakujących dobrą pamięć o Lechu Kaczyńskim.
Wyolbrzymiając cały epizod i zapominając o jego szczegółach i finale przypisuje się zmarłemu prezydentowi negatywne cechy. Robi się z niego despotę, mściwego potwora, awanturnika, nieodpowiedzialnego ryzykanta. Atakuje się dobrą pamięć o nim. Przede wszystkim jednak stawianie tego incydentu w centrum uwagi przysłania istotę tamtych wydarzeń. Wyprawa gruzińska była jednym z największych sukcesów prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Również w ocenie jego politycznych przeciwników. Dlatego bardzo im zależy, żeby z tamtymi wydarzeniami kojarzyć głównie nieważny epizod i nie pamiętać, za co Gruzini tak bardzo kochają naszego prezydenta i za co Putin tak go nienawidził.



Komentarze
Pokaż komentarze (25)