Im więcej czasu upływa od katastrofy tym jaskrawiej widać, że wersja o winie polskich pilotów, „którzy za wszelką cenę chcieli lądować z obawy przed negatywną reakcją głównego pasażera” była jedynym możliwym werdyktem rosyjskiej komisji. Werdyktem czysto propagandowym i nie mającym żadnego oparcia w faktach. Już z pierwszego stenogramu MAK z maja 2010 jasno wynikało, że twardych dowodów na tę wersję nie będzie. Stenogram IES pogrzebał nawet najsłabsze przesłanki związane ze zmyśloną (w mojej ocenie przez Rosjan) obecnością gen. Błasika w kokpicie. Mimo to przekaz Anodiny ma się w polskiej przestrzeni publicznej całkiem dobrze i wciąż ma licznych wyznawców. Wynika stąd, że został skonstruowany przy dobrym rozumieniu polskich realiów. Jego autorzy słusznie przewidzieli, że w Polsce znajdą silne wsparcie, chociaż wymyślili rzecz w swej istocie ewidentnie antypolską, bo zrzucającą całą odpowiedzialność za katastrofę na stronę polską oraz deprecjonującą polskiego prezydenta i pilotów. Mieli najwyraźniej świadomość, jak szeroko przyjmowany jest w Polsce paradygmat „zaszkodzić Kaczyńskim za wszelką cenę” i jak łatwo będzie tu sprzedać fikcyjny paradygmat „lądować za wszelką cenę”, który wpisali w swój raport.
Rosyjska wersja propagowana była w Polsce na długo przed konferencją Anodiny. Nie można mieć żadnych wątpliwości, że odbywało się to przy współudziale rosyjskich agentów wpływu. Trudnym problemem jest tylko ich ustalenie, ponieważ interesy Rosji były zbieżne z interesami polskich ośrodków opiniotwórczych, znacznej części establishmentu i ekipy Tuska przekładającej bieżące, wewnętrzne cele polityczne nad rację stanu. Nawet jeśli ktoś propagował wersję dokładnie zgodną z tym antypolskim przekazem, mogło to wynikać z jego potrzeby politycznej czy nawet osobistych przekonań. Przykładowo, zgodność uderzenia przez GW tydzień po pogrzebie pary prezydenckiej „incydentem gruzińskim” i naciskowymi insynuacjami z późniejszą narracją rosyjską, narzuca podejrzenie o udziale rosyjskich agentów wpływu. Z drugiej jednak strony daje się całkowicie wyjaśnić linią i celami politycznymi redakcji tej gazety. Podobnie dwojako można tłumaczyć „wprowadzenie” do kokpitu gen. Błasika przez stację TVN. Mieszanie się lokalnych interesów z wpływami Rosjan ujawniło się przy okazji chyba najgłośniejszych nieprawdziwych „naciskowych” informacji wyprodukowanych przez te ośrodki medialne „jak nie wyląduję to mnie zabije/mam przechlapane”. Producenci obu tych newsów z lipca 2010 sugerowali rosyjskich informatorów, na co zwracałem kiedyś uwagę w tej notce.
Trudno jest odróżnić autentycznych agentów wpływu od tzw. „pożytecznych idiotów”, bo ich przekazy mogą być identyczne, a różnica polegająca tylko na tym, że pierwszy jest opłacany a drugi nie, nie jest dostępna naszej wiedzy. Pamiętając o powściągliwości w przypisywaniu komuś agenturalności, nie możemy zapominać, że istnienie w Polsce rosyjskich agentów wpływu jest pewne. „Pożyteczni idioci” powinni w związku z tym zachować świadomość, że sami narażają się na podejrzenia.
W s24 komentuje spora grupa osób, które dość wiernie propagują wersję MAK, krytykując nawet zbyt łagodną ich zdaniem wersję PKBWL. Niektórzy robią to wytrwale od blisko trzech lat, inne nicki pojawiają się i znikają. Przez niektórych blogerów nazywani są prostolinijnie „agenturą”, co z opisanych wyżej powodów jest określeniem trafnym, jeśli nie traktuje się go dosłownie. Nie wykluczam, że mogą być wśród nich rzeczywiści agenci wpływu. W końcu Internet też jest narzędziem propagandy. Pozostali upubliczniają swoje insynuacje wobec ofiar katastrofy bez cienia refleksji, że powtarzają dość wiernie to co wcześniej wymyślono w Rosji, żeby zaszkodzić Polsce. Rozumiem, że motywy tych ludzi mogą być bardzo różne. Od szlachetnej potrzeby dojścia do jakiejś „prawdy” o katastrofie do brzydkiej potrzeby dowalenia za wszelką cenę Kaczorom (martwemu i żywemu). Jest to grupa bardzo różnorodna, od ludzi inteligentnych i dość dobrze orientujących się w informacjach związanych z katastrofą do nie mających o niczym pojęcia „inteligentnych inaczej”. Niektórzy są bardziej powściągliwi, inni nie mają żadnych zahamowań. Oglądając po raz kolejny te same przekłamania dotyczące zawartości stenogramów, insynuacje wobec ofiar, naciskowe mity podpisywane coraz to nowymi nickami zawsze zadaje sobie pytanie, czy mam do czynienia ze szczerym Opętanym 2010 czy z cynicznym owych Opętanych 2010 producentem. Odpowiedź jest zawsze trudna, bo nawet eksponowanie emocjonalności i głupoty może być tylko cyniczną grą. Często próbuję dyskutować z tymi ludźmi, staram się zrozumieć ich stanowisko i poznać motywy, o których najczęściej nie chcą pisać.
Przy całym zrozumieniu różnorodności tego zjawiska nie przestaje dziwić mnie brak dystansu tych ludzi do siebie i ich nieumiejętność dostrzeżenia swojej postawy w szerszym kontekście. Jak to się dzieje, że nie przeszkadza im fakt, że propagują przekaz wymierzony w polską rację stanu i służący rosyjskiej? Przecież nawet najgłębszemu przekonaniu musi towarzyszyć chociaż cień wątpliwości. Chyba nikt nie jest aż tak obłąkany, żeby wbrew tylu faktom być pewnym, że MAK ogłosił prawdę o katastrofie? A skoro jest ten cień wątpliwości, to jak można propagować coś co szkodzi Polsce? Nawet jeśli jednak dla kogoś Polska nie stanowi istotniejszej wartości niż putinowska Rosja, to też nie mogę zrozumieć dlaczego nie czuje dyskomfortu poświęcając charytatywnie swój czas i wysiłek temu za co innym Rosjanie płacą.



Komentarze
Pokaż komentarze (317)