Odpowiedź, że byli to Wojciech Czuchnowski i Renata Grochal, którzy podpisali się pod tym artykułem GW z 24.04.2010 jest tyle naturalna co naiwna.
Decyzja zaatakowania w ten sposób pamięci tragicznie zmarłego prezydenta tydzień po jego pogrzebie miała zbyt dużą wagę polityczną, żeby mogła zapaść na tym poziomie. Czas pokazuje skuteczność tego ataku, chociaż doszukiwanie się wpływu incydentu gruzińskiego na decyzje pilotów w locie do Smoleńska musi opierać się na zmyślonych „faktach”, lub daje się dość łatwo logicznie obalić, co kiedyś wyjaśniałem w tej notce. Jednak ten pomysł nie był obliczony na logikę i rzetelną analizę faktów, tylko na ludzkie emocje. Rzucono go na serca rozdygotane wcześniej „skandalicznym” pochówkiem pary prezydenckiej na Wawelu i przepełnione tęsknotą za utraconymi niedawno czterema podejściami do lądowania. O celności świadczy jego sukces. Jeszcze w kwietniu 2012, 22% badanych deklarowało przekonanie, że katastrofa była wynikiem presji przełożonych, żeby lądować, wbrew wszelkim dostępnym informacjom.
Nie czuję się na siłach odpowiedzieć na tytułowe pytanie. Chciałbym tylko przeanalizować możliwe warianty.
Rzecz daje się sprowadzić do trzech hipotez „samo się wymyśliło”, „okolice Czerskiej” i „okolice Kremla”.
Oczywiście myśl o „incydencie gruzińskim” mogła po katastrofie pojawić się spontanicznie w wielu głowach. Niektórzy pamiętali, że Kaczyński próbował coś bezskutecznie wymusić, potem jedni pilota od tchórzy zwymyślali, a inni dali mu medal. Dobrze komponowało się to z czterema próbami lądowania. Wielu niezwłocznie sobie z tego wyprowadziło naciskową tezę, niektórzy nawet tuż po katastrofie puścili ją w internetową przestrzeń. Czym innym jednak jest pojawienie się takiej myśli, a czym innym postawienie jej w centrum publicznej debaty. Większość z nas tak się już do tego „incydentu” przyzwyczaiła, że zapomina o tym, że insynuacje wobec ofiary świeżej tragedii w takiej skali były bezprecedensowym złamaniem norm kulturowych. Ośrodek medialny, który zdecydował się na coś takiego dokonał moralnego samospalenia. Musiał liczyć się ze stratami związanymi z ostracyzmem znacznej części społeczeństwa, która takie normy uważa za nienaruszalne. Nie było to proste upublicznienie tego „o czym ludzie mówią na mieście”. Nie można też przesadzać z powszechnością tego „mówienia na mieście”. Dzisiaj incydent gruziński urósł do rangi mitu, jednak w kwietniu 2010 mało kto o nim pamiętał. Poza tym nie był on przedstawiany wcześniej w tak zafałszowany sposób jak po katastrofie, a bez zafałszowania nie powinien nasuwać skojarzeń ze Smoleńskiem, bo całe naciski rozgrywały się na lotnisku i skończyły przed startem samolotu z Symferopola do Gandżi. Pamiętajmy też, że incydentem zaatakowano już po upadku czterech podejść do lądowania, czyli podejrzenia o naciski straciły jakiekolwiek sensowne podstawy i bez niego zamierałyby. W ważnym momencie pojawiła się zastępcza narracja podtrzymująca nadzieje „naciskowców”. Dlatego, choć nie odrzucam definitywnie hipotezy „samo się wymyśliło”, to bardziej skłaniam się ku opinii „…Samo się nie myśli / Tak jak grzmi samo i samo się błyska” i przy tym założeniu zachęcam teraz do zastanowienia się „Lecz myśl ta czyja…”.
Za okolicami Czerskiej przemawia wiele argumentów. Przede wszystkim to Gazeta Wyborcza zagrała nimi pierwsza pisząc w swoim słynnym artykule z 24.04.2010„Nie rozstrzygamy, czy to naciski na załogę spowodowały, że 10 kwietnia pilot próbował w trudnych warunkach atmosferycznych posadzić maszynę na płycie lotniska w Smoleńsku.” Później też liderowała w utrzymywaniu tej sprawy w centrum debaty publicznej. Wcześniej (13.04) to ona opublikowała list Andrzeja Wajdy oprotestowujący pochówek na Wawelu i następnego dnia przyłączyła się do tego protestu głosem całej redakcji. Jak już pisałem, sprawa Wawelu miała ogromne znaczenie dla społecznego odbioru samego zagrania „incydentem”. Wreszcie GW znana była od dawna jako, delikatnie rzecz ujmując, nieprzychylny braciom Kaczyńskim ośrodek medialny, który nieraz skutecznie wpływał na politykę. Można zatem powiedzieć, że wszystkie tropy prowadzą na Czerską. Nie rozstrzyga to jednak definitywnie sprawy, kto był autorem pomysłu. Naiwnością byłoby sądzić, że ktoś z dwojga wymienionych w pierwszym akapicie. W czyjejś głowie jednak pomysł ataku „incydentem gruzińskim” musiał powstać, ktoś musiał taki artykuł zlecić i zaaprobować. Raczej nie były to osoby nisko postawione. Trudno też spodziewać się, że była jakaś szeroka, otwarta redakcyjna debaty w tej sprawie. Obawiam się, że kulisy decyzji pozostaną dla nas niedostępne. Przeciw w pełni świadomemu autorstwu GW świadczą jednak wysokie koszty jakie ta poniosła z tego powodu oraz fakt, że kampania naciskowa niszczy Polskę jako całość. Pomimo mojej bardzo negatywnej oceny GW, to jednak pomysł, że jakiś jej decydent (czy decydenci) ryzykowałby (ryzykowaliby) nawet jej upadek, żeby zaszkodzić Polsce, wydaje mi się absurdalny. A taki jest „krajobraz po bitwie”. Agora kurczy się notując (parę miesięcy temu) historyczne giełdowe dołki, zwalnia pracowników. Pojawiały się nawet plotki o zaprzestaniu wydawania GW. Szkody wyrządzone Polsce kampanią naciskową wyjaśnię przy okazji omawiania trzeciej hipotezy.
Niezależnie, czy przyjęlibyśmy pierwszą czy drugą hipotezę i tak powinniśmy brać pod uwagę udział agentów wpływu Kremla. Jako zwiększających masę „tego co ludzie mówią” lub jako wpływających na decyzje redaktorów GW. Chciałbym jednak przeanalizować teraz znacznie dalej idącą hipotezę, że Rosjanie sami to wymyślili.
Na „okolice Kremla” wskazuje wiele przesłanek. Incydent stanowił w raporcie MAK uzasadnienie dla wpisanego tam „imperatywu kategorycznego” „wylądować za wszelką cenę” (str. 135). Takie „ustalenie” zdejmowało jakąkolwiek odpowiedzialność ze strony rosyjskiej, a to przecież ewidentnie rosyjski interes, a nie interes GW lub polskiej „gawiedzi”. Gra ta uderzała w samego polskiego prezydenta, czyli w Polskę. To uderzenie w Polskę było jednak znacznie głębsze i wciąż nas skutecznie niszczy. Jest głównym źródłem naszego konfliktu. Muszą tę tezę dokładnie wyjaśnić, bo mało osób to widzi, postrzegając ten konflikt jako „zamach-wypadek”. Insynuacje naciskowe ze swojej natury rodziły wewnętrzny konflikt (w przeciwieństwie do insynuacji zamachowych, które ze swej natury wymierzone były w tym przypadku w rządzących totalitarną Rosją). Właściwie do opublikowania rosyjskiego stenogramu nikt nie wiedział, czy nie okażą się prawdziwe. Dlatego dla wielu przeciwników Lecha Kaczyńskiego były skutecznym narzędziem i pozornym usprawiedliwieniem ich agresji, a dla wielu jego zwolenników były dotkliwie bolesne, bo nawet jeśli ktoś w nie od początku nie wierzył, to musiał liczyć się z tym, że zostaną sfabrykowane ich fałszywe dowody. Sam pamiętam z jaką obawą w maju 2010 zaczynałem czytać rosyjski stenogram i z jaką ulgą skończyłem. Trzeba tu wyraźnie napisać, że strach przed naciskami popychał wielu ludzi w stronę zamachu, bo ten pozbawiał naciski jakiegokolwiek znaczenia. Zatem wiara w zamach często (choć nie zawsze!) była reakcją właśnie na naciski. Podobnie walczący dzisiaj z tą wiarą często (choć nie zawsze!) szukają w niej usprawiedliwienia dla deklarowanych wcześniej nacisków. Dlatego uważam, że silne negatywne emocje towarzyszące obu stronom wojny „zamach-wypadek” mają swoje źródło właśnie w insynuacjach naciskowych. O negatywnych skutkach tego naszego konfliktu nie muszę szeroko się rozpisywać, bo chociaż jedni zwalają winę na drugich, to akurat w tej sprawie wszyscy się zgadzają. Polacy skaczą sobie do gardeł niszcząc swoje państwo na czym Kreml korzysta. To poważna przesłanka, że właśnie w okolicy Kremla (który ewidentnie gra zamachem) zostało to zaplanowane.
Przywoływanie w raporcie i na konferencji MAK incydentu gruzińskiego jako gry zamachem można odczytywać jeszcze w inny sposób. W istocie przywoływana była gruzińska misja Lecha Kaczyńskiego, której incydent był zupełnie nieważnym epizodem. Rosjanie zdawali się mówić w ten sposób – zobaczcie co stało się z tym, który próbował nam się przeciwstawić. To straszak na wszystkie państwa pozostające w rosyjskiej „strefie wpływów”, w których nawiasem mówiąc przekonanie o smoleńskim zamachu jest znacznie bardziej popularne niż w samej Polsce (co powtarzam za książką Pawła Kowala, który trochę zna się na tym).
Odniosę się jeszcze do samego przedstawienia incydentu gruzińskiego w raporcie MAK. Jego autorzy zamieścili tam ewidentnie nieprawdziwe informacje: "… w czasie lotu, do kabiny załogi przyszedł Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej…”, „… dowódca, który podjął wspomnianą decyzję, w następstwie tego wydarzenia nie był włączany w skład załóg wykonujących loty z Prezydentem na pokładzie.”
Można to interpretować dwojako. Zostali wprowadzeni w błąd przez polskich informatorów lub celowo napisali nieprawdziwe szczegóły, bo mieli świadomość, że bez nich teza (za wszelką cenę chcieli lądować z obawy przed negatywną reakcją głównego pasażera) nie ma dostatecznego uzasadnienia. Nie można przecież logicznie jej wyprowadzić z incydentu, w którym Prezydent wchodził do kabiny pilotów w czasie postoju samolotu (a nie lotu!) i przed jego startem przekazuje pilotowi, że skoro rzeczywiście nie można nic zrobić, to ma lecieć do Gandżi, a pilot ten później wielokrotnie latał z prezydentem, który nigdy do tej sprawy nie wracał. Bardziej skłaniam się oczywiście ku tej drugiej interpretacji, tym bardziej, że zawsze mogli za te błędy zwalić winę na „Polaczków”, podobnie jak za wprowadzenie gen. Błasika do kokpitu (które w mojej ocenie było też ich pomysłem). Po usunięciu ewidentnych „błędów” zapisanie w Raporcie MAK wydarzenia sprzed prawie dwóch lat, które nie miało w istocie z katastrofą nic wspólnego wygląda kuriozalnie. Rosjanie piszą też „Powyższe wydarzenie zyskało szeroki rozgłos”. To prawda, dotycząca jednak bardziej tego co działo się w kwietniu 2010 niż bezpośrednio po incydencie. Naturalnym domniemaniem jest więc, że sami o ten rozgłos zadbali.
Nie chciałbym, żeby rozważanie przeze mnie różnych wariantów odczytane została jako jakaś próba usprawiedliwienia GW. Nie zmieniam nic w Mojej Definicji Gazety Wyborczej. Niezależnie od tego, czy macherzy z Czerskiej byli tylko wyrazicielami „gniewu swego ludu”, przenikliwymi destruktorami czy nieświadomymi konsekwencji swoich działań marionetkami w rękach Kremla.



Komentarze
Pokaż komentarze (70)