j.k.50 j.k.50
926
BLOG

Źródło naszego smoleńskiego konfliktu

j.k.50 j.k.50 Polityka Obserwuj notkę 28

Zamach-wypadek? Czy w takim sporze można szukać źródła konfliktu pomiędzy Polakami? Jedni są przekonani o zamachu, inni wypadku, jeszcze inni (w tym ja) nie wykluczają żadnej z tych możliwości. Każdy w większym lub mniejszym stopniu wie, że nie może mieć pewności. Czy czyjeś przekonania w tej sprawie muszą ranić lub obrażać kogoś innego? Może jest w Polsce garstka putinofilów, których autentycznie dotykają insynuacje zamachowe. Jednak większość „wypadkowców” raczej się do nich nie zalicza i pozostaje przy świadomości, że reprezentowanym przez byłego pułkownika KGB władcom współczesnej Rosji takie insynuacje nie szkodzą. Przeciwnie, ułatwiają im neoimperialną politykę. Skąd zatem tyle negatywnych emocji i zaangażowania? Może „wypadkowcy” są tak zakochani w oficjalnej rządowej wersji? Skądże znowu. Werdykt komisji Millera, że piloci podejmowali właściwe decyzje tylko nie umieli ich właściwie wykonać, jest tak samo odrzucany przez większość „wypadkowców”, jak pozostałe jej ustalenia przez „zamachowców”. A może „wypadkowcy” tak emocjonalnie bronią ulubionego premiera i jego podwładnych, bo ewentualny zamach zwiększałby zakres ich odpowiedzialności? Przeciwnie, zmniejszałby, czym zresztą rządzący i ich akolici nieraz grali pokazując dość trafnie niekonsekwencję drugiej stronie. A za co „zamachowcy” tak nie cierpią „wypadkowców”. Czy można być tak głęboko dotkniętym tylko tym, że ktoś wierzy w coś na co nie ma dostatecznych dowodów zamiast wierzyć w coś na co też nie ma dostatecznych dowodów?

Spór zamach-wypadek nie tłumaczy, jak widać, nienawiści i pogardy obu jego stron. Muszą one mieć inne źródło. Bez wątpienia dzisiejszy konflikt jest kontynuacją polaryzacji naszego społeczeństwa, która postępowała i przed katastrofą. W ostrości sporu politycznego pomiędzy elektoratami dwóch największych partii nastąpił jednak po 10.04.2010 jakościowy skok. Powstała przepaść, której wcześniej nie było. Jak i dlaczego do tego doszło? Czy było to nieuniknione? Czy można wskazać jedną konkretną przyczynę?

Kluczem do rozumienia konfliktu jest stosunek do ofiar katastrofy. Przede wszystkim do tragicznie zmarłego Prezydenta. Pierwszą uzewnętrznioną społeczną reakcją był odruch solidarności i współczucia. Może gdyby pozwolono sprawom toczyć się naturalnie i nikt się temu odruchowi nie przeciwstawił, to katastrofa zasypywałaby podziały zamiast je pogłębiać? Przemysł pogardy wobec Prezydenta przygasł na chwilę, ponieważ jego główny oręż, jakim wcześniej był rechot, nie pasował do sytuacji. Dość szybko jednak znalazł się sposób nowy, bardziej perfidny i cyniczny. Ta sama mała i prymitywna nienawiść ubrała płaszcz powagi i troski. Najpierw była to troska o „profanowany” Wawel, a zaraz potem o „wyjaśnienie” katastrofy naciskami Prezydenta.

Insynuacje naciskowe, które szybko wypełniły przestrzeń publiczną były czymś w rodzaju pogańskiego rytuału bezczeszczenia ciała martwego wroga.

Raniły głęboko zwolenników zmarłego Prezydenta i deprawowały jego przeciwników, którzy masowo w tym procederze uczestniczyli. Kto ze zwolenników Lecha Kaczyńskiego nie był krótko po opublikowaniu przez GW 24.04.2010 artykułu Incydent Gruziński atakowany przez znajomych, sąsiadów, kolegów z pracy insynuacjami w rodzaju: „To wszystko przez Kaczora. Wszedł do kabiny pilotów i kazał lądować. Tak jak w Tbilisi”. Pamiętać trzeba, że wtedy nikt nie wiedział, czy te insynuacje nie doczekają się prawdziwego lub sfałszowanego potwierdzenia. Budziły one autentyczny niepokój i ból bezsilności, przynajmniej do chwili opublikowania stenogramu MAK. Wtedy stało się jasne, że żadnych dowodów na naciski nie będzie. Szybko jednak wprowadzono do kokpitu gen. Błasika jako pośrednika domniemanej prezydenckiej presji i pogański  rytuał był odprawiany na następnej ofierze. To samo spotkało pilotów, bo ktoś przecież musiał tym „naciskom” ulegać. Wielu ludzi przed insynuacjami naciskowymi broniło się wiarą w zamach, wielu wybiera wiarę w wypadek, żeby pozostawić przestrzeń dla obciążania „głównego pasażera”. Postawy przyjęte krótko po katastrofie były utrwalane i przetrwały do dziś. Upływ czasu nic tu nie pomaga. Podobnie jak fakt, że wszystkie naciskowe „informacje” ostatecznie okazywały się nieprawdziwe. W drugą rocznicę katastrofy, czyli już po raporcie Millera i upublicznieniu ustaleń IES, 22% badanych deklarowało zupełnie niezgodne z wszystkimi dostępnymi już wówczas informacjami przekonanie, że katastrofa była wynikiem presji zwierzchników pilotów, żeby lądować.

Wytworzyły się dwie zwalczające się wspólnoty. Brudna wspólnota solidarnych w grzechu pomówień ofiar i wspólnota zranionych, solidarnych w bólu i gniewie. Prosto i pięknie powiedział o tym kiedyś abp Michalik "Jedni nie potrafią przeprosić, a inni nie potrafią przebaczyć". Oczywiście część Polaków przyglądała się z boku temu pogańskiemu rytuałowi. Czy jednak kogokolwiek pozostawił on nienaruszonym. Czy nie przeciwstawiając się mu można było zachować sumienie do końca czyste? Uważam, że wszyscy, w większym lub mniejszym stopniu, jesteśmy ofiarami pomówień smoleńskich. Oszczercy, poniżani i ci, którzy pozostali obojętni ze stępioną wrażliwością.

Czy jest jakiś sposób, żeby to naprawić? Moim zdaniem tylko jeden. Ośrodki polityczno-medialne, które ten rytuał odprawiły muszą upaść, oszczercy muszą przeprosić lub zniknąć z przestrzeni publicznej. Tylko wtedy źródło wzajemnej nienawiści wyschnie. Musimy przypomnieć sobie to, co prawie wszyscy wiedzieliśmy przed katastrofą – że tak, po prostu, nie można.

j.k.50
O mnie j.k.50

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (28)

Inne tematy w dziale Polityka