j.k.50 j.k.50
1310
BLOG

Dwa sposoby na niemiecki wyrzut sumienia

j.k.50 j.k.50 Polityka Obserwuj notkę 47

Przegapiłem niemiecki serial. Obejrzałem pierwszy odcinek i myślałem, że następny obejrzę za tydzień. Tak się składa, że we wtorek TVP Kultura pokazywała Blaszany bębenek i nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić co w tym czasie pokazuje Jedynka. Gdybym wiedział, miałbym dylemat. Znakomity film po raz czwarty czy premierę kiepskiej propagandówki, którą powinno się zobaczyć. Wybrałbym jednak pewnie przykry obowiązek zamiast przyjemności.

O tym, że to kiepska propagandówka wiedziałem już po pierwszym odcinku. Był nieszczery i nieprawdziwy. Za mało kultu Hitlera, za mało antysemityzmu, jakiś żydowski krawiec z niemiecką kochanką w kinie czy teatrze w 1941, jakaś ukraińska policja w Smoleńsku na samym początku wojny z ZSRR przed którą dzielni niemieccy żołnierze próbują uratować żydowską dziewczynkę. Wiele bzdur. Antypolskich akcentów jeszcze nie było. Nie licząc najbardziej wrednego Niemca z nazwiskiem kończącym się na -wski. Takie drobne świństewko. Obejrzałem w sieci najistotniejsze antypolskie fragmenty z następnych. Smutne i obrzydliwe. Wiem, wiem. Polityka za tym stoi. Myślę jednak, że nie tylko i nie przede wszystkim. Równie ważny jest niemiecki wyrzut sumienia i o nim chciałbym napisać.

Cóż, jedyną „zbrodnią wojenną” moich rodziców był niecały rok niewolniczej pracy mojej mamy. Porwali (bo jak inaczej to nazwać) pod koniec wojny szesnastoletnią dziewczynę. Miała szczęście, trafiła do gospodarzy, nie głodowała tam i nie była zmuszana do prac ponad jej siły. Wróciła szczęśliwie do domu przebrana w brudne łachmany, w za dużych butach i z policzkami wysmarowanymi sadzą, żeby ukryć swoją urodę przed wyzwolicielami, którym nie robiło różnicy Niemka czy Polka. Jeśli niemiecka polityka historyczna dalej będzie rozwijać się w przyjętym kierunku, to pewnie uznają kiedyś moją mamę za współwinną holokaustu, chociaż w życiu złego słowa nie powiedziała o Żydach. Pracowała jednak w gospodarstwie, które żywiło i esesmanów.

Niemcy mają problem, którego ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Ich matki i ojcowie robili z ludzi mydło. Mordowali inne narody, żeby zrobić sobie więcej „przestrzeni życiowej”. Najskuteczniej  bezbronnych Żydów. Naród pozbawiony własnego państwa i własnej armii, która mogłaby w obronnej wojnie zabijać niemieckich żołnierzy. Rozrzucony po całej Europie. Najłatwiejszy do mordowania, zagrabiania majątków i „przestrzeni życiowej”. Stworzyli w tym celu misterny, plan i precyzyjny przemysł śmierci.

Mogłem słuchać okupacyjnych opowieści moich rodziców z łezką w oku i bez żadnych obciążeń. Współczesnym Niemcom nie było to dane. Biedni. Jakie to musi być przykre mieć rodziców, którzy robili z ludzi mydło. Starają się teraz jak mogą oszukać siebie i innych, że ich matki i ojcowie byli normalnymi ludźmi, że inne narody były takie same. Szkalują i deprecjonują innych, żeby potworność ich matek i ojców była mniej widoczna. Źle robią. Pana Boga nie oszukają. Ojcom i matkom nie pomogą, a sobie zaszkodzą.

O ile uczciwszy był Grass i o ile piękniejszy sposób znalazł na swój wyrzut sumienia. Przelał na papier najskrytsze marzenie. Marzenie, żeby przeżyć wojnę jako niewinne dziecko. Nie miał dość odwagi, żeby ten okres swego życia opisać szczerze oczami młodego zdrowego nastolatka, który na ochotnika wstępuje do wojska i zostaje wcielony do SS. Jednak nie próbował oszukać Pana Boga. Nie szukał winy w innych, tylko dźwigał tę hańbę i starał się z nią uczciwie zmierzyć. Książka jest nieustającą próbą zadośćuczynienia i pokazuje jednocześnie, że nie jest ono możliwe. Wszystkie próby  wykraczają poza realność. Oskar sabotuje faszystowski wiec zamieniając go swoim bębenkiem w wesołą potańcówkę rozpoczętą walcem Straussa. Pięć zakonnic zabitych przez bezdusznych niemieckich półludzi (przy bierności niemieckich karłów) ulatuje wprost do nieba. Wreszcie już po wojnie, gdy dwóch opętanych Niemców chce wykonać zaległą egzekucję na schwytanym obrońcy Poczty Polskiej, Oskar wyczarowuje swoim bębenkiem odsiecz polskiej kawalerii. Zadośćuczynienie nigdy nie jest realne, bo takie być nie może. Czy można jakoś naprawić to, że robiło się z ludzi mydło? Nie można i dorosły Oskar musiał dźwigać garb.

Prawdziwy, szczery wyrzut sumienia i bezsilne pragnienie zadośćuczynienia. Tak powstało jedno z arcydzieł światowej literatury i jedna z moich ulubionych książek. Najpierw w drugim obiegu widziałem film Schlöndorffa, który był wtedy zakazany z powodu sposobu przedstawienia rosyjskich żołnierzy (może też z powody scen erotycznych). Książkę też czytałem po raz pierwszy w bibułowej wersji. Po dwudziestu latach powtórzyłem ją sobie. Po kilku następnych Grass ogłosił światu swoją esesmańską przeszłość i zacząłem lepiej rozumieć jego Blaszany bębenek. Zrozumiałem też, że bez tej skazy autora tak piękna książka nigdy by nie powstała. Wiem, że muszę przeczytać ją jeszcze raz ze świadomością, że Grass był w SS. Z tym nowym kluczem do niej podarowanym przez artystę, który wreszcie zdobył się na odwagę, żeby pokazać i swój osobisty garb. Postanowiłem jednak poczekać, aż trochę ją zapomnę, a trudno mi to przychodzi. I nie film mi w tym przeszkadza, bo choć znakomity, to jednak jest tylko jej namiastką.

We wtorkowy wieczór tylko przypadek sprawił, że zamiast patrzeć jak obrzydliwi bywają dzisiejsi Niemcy przypomniałem sobie, że są wśród nich i piękni. TVP Kultura budowała niechcący (?) polsko-niemieckie pojednanie w tym samym czasie, gdy TVP1 zaogniała niechcący (?) polsko-niemiecki konflikt.

j.k.50
O mnie j.k.50

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (47)

Inne tematy w dziale Polityka