Projekt
1. Zmienić ustęp 1 artykułu 5 ustawy na następujący:
„W sprawach odwołania organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego przed upływem kadencji rozstrzyga się wyłącznie w drodze referendum przeprowadzonego na wniosek mieszkańców w liczbie większej niż połowa biorących udział w wyborze odwoływanego organu.”
2. Wykreślić ustęp 2 artykułu 55 ustawy lub zastąpić go następującym:
„Frekwencja nie ma wpływu na ważność referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego pochodzącego z wyborów bezpośrednich.”
Uzasadnienie, próba przekonania do mojego pomysłu i polemika z dr. Flisem.
Proponuję zmianę bardzo prostą do przeprowadzenia, a jednocześnie likwidującą główne patologie związane w obecną ustawą.
Radykalne (ok. 2,5-krotne) podniesienie liczby wymaganych podpisów spowoduje, że referendum odbędzie się tylko wtedy, gdy rzeczywiście będzie głęboko uzasadnione. Podpisy ponad połowy osób biorących udział w wyborze oznaczają, że odwołana osoba nie ma już ponad 50% poparcia, które było niezbędne do jej wybrania. Tak wysoki próg powoduje też, że wszelkie niedogodności organizacyjne spadają na stronę odwołującą. To ona podejmuje ryzyko i wysiłek zbierania podpisów. Osoby przeciwne referendum nie muszą o nim myśleć tak długo, jak długo nie okaże się, że są w mniejszości. Nie bez znaczenia są też zbędne koszty i praca komisji, których w ogóle nie będzie w niedostatecznie umotywowanych przypadkach. Należy tu wziąć pod uwagę, że w latach 2010-2011 ważne było tylko co dziesiąte z 80 referendów. Jednoznacznie świadczy to o zbyt niskim progu głosów niezbędnych do jego przeprowadzenia.
Wysoki próg liczby podpisów daje pełną podstawę do zniesienia progu frekwencji ważności referendum, co całkowicie wyeliminuje główną wadę obecnej ustawy. Jest ona szeroko krytykowana, głównie z powodu często wybieranej możliwości ogłoszenia bojkotu referendum jako najskuteczniejszej formy niedopuszczenia do odwołania danego organu. W mojej ocenie najpoważniejszym problemem z tym związanym jest niezgodność z konstytucyjną ideą tajności głosowania. Referendum z zaleconym przez jedną stronę bojkotem staje się de facto jawne, ponieważ same uczestnictwo wskazuje na wybór niezgodny z decyzją strony przeciwnej odwołaniu. Jest to szczególnie istotne, gdy odwołuje się osobę politycznie związaną z rządzącą partią. Samo ustawienie nie wzięcia udziału w głosowaniu jako jednego z możliwych wyborów decydujących o wyniku referendum jest też niezgodne z duchem demokracji, w której nieobecni nie powinni decydować. Jednocześnie powinni jednak zachować prawo do nie uczestniczenia w referendum przy zachowaniu neutralności. Ogłoszony bojkot pozbawia ich tego prawa, bo nie uczestniczenie w referendum jest równoważne z głosem przeciw odwołaniu. Paradoksalnie natomiast do odwołania przyczynia się głos mu przeciwny. Po referendum warszawskim spotkałem w s24 dwie skrajne opinie. Jedną, że 95% Warszawiaków było za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz i drugą, że 75% ją poparło. Absurdalność tych opinii wynika wprost z absurdalności ustawy, która stawia sprawę czynnego prawa wyborczego na głowie.
Swoją propozycję sygnalizowałem wcześniej w komentarzach pod paroma notkami. Chociaż autorzy proponowali inne rozwiązania, to nie znalazłem dotąd rozstrzygających argumentów przeciw mojej propozycji. Trochę dokładniej ustosunkuję się do ciekawych propozycji dr. Jarosława Flisa, który też dostrzega konieczność podniesienia progu niezbędnych podpisów, chociaż nie aż tak radykalnie jak ja. Nieco inaczej rozwiązuje problem narzucającego się wyboru bojkotu referendum. Proponuje, żeby dotychczasowy próg frekwencji (3/5 biorących udział w wyborze) zastąpić progiem 55% głosów za odwołaniem. W ten sposób ogłaszanie bojkotu ma przestać być zasadne. Staje się obojętne, czy ktoś zagłosuje przeciw odwołaniu czy nie weźmie udziału w wyborach. Niestety ta propozycja nie likwiduje całkowicie zasadności ogłoszenia bojkotu. Trzeba pamiętać, że patologie związane z faktyczną jawnością referendum (lęk przed wzięciem udziału) sprzyjają stronie ogłaszającej bojkot i mogą być wkalkulowane w taką decyzję. Tym bardziej, że przeciwni odwołaniu nie mają wtedy żadnej motywacji do uczestniczenia w referendum i tak ta sprawa może być przedstawiana przy ogłaszaniu bojkotu. Poza tym polityczny wynik referendum nadal nie jest klarowny. Przytoczone absurdalne interpretacje nadal będą możliwe. Dr Flis nie pomyślał z empatią również o tych, którzy chcieliby zamanifestować swój brak poparcia dla każdej ze stron konfliktu. Swoje rozwiązanie uważam za znacznie prostsze, dające bardziej klarowny obraz wyniku i oszczędniejsze, co też nie jest bez znaczenia.
Za bardzo ciekawy uważam natomiast pomysł dr. Flisa, by połączyć referendum odwoławcze z wyborem nowego organu (szczegóły tutaj). Oczywiście ten pomysł wymaga głębszych zmian w ustawie i porządnego dopracowania. Nie jest natomiast w żadnej sprzeczności z proponowanymi przeze mnie zmianami, które można wprowadzić natychmiast. Uważam wręcz, że idei dr. Flisa powinien towarzyszyć znacznie wyższy próg podpisów oraz rezygnacja z progu frekwencji (tak jak w zwykłych wyborach). Przeprowadzane wyłącznie w bardzo uzasadnionych przypadkach referendum powinno jak najbardziej mieć charakter wyboru nowych władz. Byłoby czymś w rodzaju konstruktywnego wotum nieufności, a do tego potrzebna jest utrata większości przez stronę odwoływaną, co jest elementem mojego rozwiązania.
PS Na ewentualne komentarze będę mógł odpowiedzieć dopiero po 21-szej.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)