Rozumiem, że swoje prawdopodobieństwo zamachu Paweł Lisicki „ustala” tylko metaforycznie. Bardziej mu odpowiada najwyraźniej takie sformułowanie niż prosta i szczera deklaracja, że nie wierzy w zamach, chociaż wtedy jego notkę czytałoby się znacznie lepiej. Wyznałby swoją wiarę i podał ciekawe uzasadnienie skąd się ona wzięła. Jednak zabieg z prawdopodobieństwem wprowadza zamęt. Stwarza pozory, że Lisicki ocenia coś w sposób obiektywny, bo prawdopodobieństwo wymyślono właśnie po to, żeby w sposób obiektywny móc oceniać możliwość wstąpienia niepewnych zdarzeń. Stosowanie tego pojęcia do zdarzeń, które już miały miejsce jest nieporozumieniem. Spróbuję jednak użyć prawidłowo analogii do prawdopodobieństwa, żeby zwrócić uwagę na bardziej istotny błąd, jaki popełnia Lisicki w swoich ocenach.
Przypuśćmy, że mamy do czynienia z rzeczywiście bardzo mało prawdopodobnym zdarzeniem A. Niech nawet ma prawdopodobieństwo rzędu 0,000001. Rozsądek podpowiada nam wtedy, że raczej należy odrzucić możliwość jego wystąpienia. Dowiadujemy się jednak, że zaszło tylko „trochę” bardziej prawdopodobne zdarzenie B (powiedzmy rzędu 0,000003), które jest oczywistym warunkiem zajścia A (zawiera w sobie A). Prawie wszyscy pamiętamy ze szkoły średniej co to jest prawdopodobieństwo warunkowe i potrafimy ocenić, że prawdopodobieństwo A pod warunkiem, że zaszło B jest całkiem spore i wynosi 1/3. Podstawmy teraz za A możliwość przeprowadzenia przez Rosjan skutecznego zamachu na samolot z polskim prezydentem na pokładzie, a za B rozbicie się takiego samolotu przed rosyjskim lotniskiem i zrozumiemy błąd Lisickiego.
Zamach rzeczywiście byłby czymś niezwykłym i z wieloma argumentami Lisickiego można się zgodzić. Jednak Lisicki zdaje się zapominać, że sama katastrofa była czymś niezwykłym. Czy ktoś słyszał, żeby z powodu błędu pilotów, albo awarii samolotu kiedykolwiek wcześniej zginął prezydent razem z dowództwem armii i sporą częścią elity państwa? To naturalne, że niezwykłe wydarzenie prowokuje szukanie niezwykłej przyczyny. Wyeliminowanie jednej z możliwych przyczyn tylko dlatego, że wydaje się ona bardzo „nieprawdopodobna” w przypadku bardzo „nieprawdopodobnego” zdarzenia jest błędem jak wyjaśniłem wyżej.
Rosjanie zdawali się o tym wiedzieć przypisując pilotom fałszywy imperatyw kategoryczny „wylądować za wszelką cenę”. Kto byłby skłonny uwierzyć, że piloci po prostu schodzili we mgle do 100 metrów, popełnili błąd i rozbili samolot z prezydentem na pokładzie? MAK musiał dopisać coś niezwykłego, co „uprawdopodobniałoby” ten błąd, który nigdy nie zdarzył się wcześniej nikomu wiozącemu takich pasażerów. Oczywiście cała rozpoczęta już 10.04.2010 propaganda naciskowa miała też inne cele i skutki polityczne (o których nieraz pisałem). Jednak ten aspekt „wyjaśnienia” czegoś co nie miało prawa się wydarzyć z pewnością też był brany pod uwagę. Wiedza, którą dziś posiadamy, że całe te naciski zostały zmyślone stanowią jakąś przesłankę do alternatywnych hipotez, od których Rosjanie chcieli nas odciągnąć – awarii, zamachu czy błędów pomieszanych ze złą wolą po stronie rosyjskiej.
Proszę tylko nie zarzucać mi, że agituję tu za zamachem. Pozostaję smoleńskim agnostykiem. Smoleńską wiarę innych szanuję (z wyjątkiem opętania Opętanych 2010), tylko to błędne „prawdopodobieństwo” Lisickiego mi przeszkadzało.



Komentarze
Pokaż komentarze (223)