Jacek Arkuszewski Jacek Arkuszewski
192
BLOG

Po 60 latach (5)

Jacek Arkuszewski Jacek Arkuszewski Kultura Obserwuj notkę 2

I

         Po wojnie do Lipnej jadę pierwszy raz po niemal 13 latach, wiosną 1958 roku, tym razem w interesach. Razem z Ojcem oraz bliskim przyjacielem porywamy się na zrobienie interesu w ramach tak zwanej „prywatnej inicjatywy", postanawiamy hodować sporysz, rodzaj grzybka pasożytującego na zbożu i cennego surowca przemysłu farmaceutycznego. Maj jest okresem kwitnienia zboża i wtedy właśnie trzeba zakontraktować pola i szczepić zarodnikami sporyszu kłosy: operacja żmudna i pracochłonna ale dająca możliwość zarobku dzieciom. A potem się czeka aż do lipca i przed żniwami znowu wysyła się dzieciaki w pole z woreczkami na szyi by wyzbierać czarne rożki sporyszu wystające z kłosów.  I wiosną i latem mieszkamy u Bulskich, w mojej dawnej szkole. Wieś nie zmieniła się wiele, tyle że  pousuwano już złom pozostały po bitwie i prawie całkowicie zapomniano o zbiorowym grobie Niemców, a i o zakopanym nad strumieniem Schmeisserze. Niemniej niewielki kwadrat ziemi przy polnej drodze gdzie pochowano Niemców nadal nie jest uprawiany, ot, otoczony zbożem mały ugorek. Nikt już nie potrafi powiedzieć dlaczego - wieś ma krótką pamięć. Stary lipnieński dworek też już nie istniał, wycięto zrośnięte stare lipy za dworkiem, a o rodzinie K. też już chyba nikt nie pamięta lub nie chce pamiętać. Pracujemy przez dwa tygodnie od świtu do nocy, pozyskujemy kilka worków sporyszu i dochód z operacji pokrywa zaledwie koszty oraz przynosi bardzo mizerny zysk - poprostu nie daliśmy łapówki komu trzeba w Centrali Zielarskiej.

         Potem mijają lata i następny raz do Lipnej docieram dopiero w roku 1994 w czasie mego pierwszgo pobytu w Polsce po 15 latach emigracji. Zmieniło się bardzo dużo, czego zresztą można było oczekiwać po niemal półwieczu. Zmieniła sie więc przyroda i krajobraz, wyschła otoczona topolami sadzawka gdzie pławiło się konie, nie ma już strumyka w olszynce za Wasiakową stodołą. I mimo, że znikły wody powierzchniowe roślinność zdaje się bogatsza i bujniejsza. Suchy sosnowy bór który przecina droga do Mogielnicy ma teraz gęste poszycie, piaszczyste gołe jary za borem porośnięte są krzakami. Może to zmiana klimatu, a może wieloletnie stosowanie nawozów sztucznych o których w 50 lat temu nikt nie słyszał? W każdym razie Lipna i okolica nie wygląda ani bogaciej ani biedniej - wygląda inaczej.  Stefan Pacholik gospodaruje teraz sam z najmłodszą córką w obejściu Wasiaków, chłop zamożny i poważany, dom ten sam, w naszej izdebce jego biuro z komputerem, słowem inne czasy. Jego żona Stasia już dawno na tamtym świecie, podobnie i najstarsza córka Gienia. A niewielki kwadrat, miejsce gdzie pogrzebano Niemców? Nadal nieobsiane i nie obsadzone choć naprawdę już nikt nie pamięta dlaczego.

         Następny raz jadę do Lipnej w maju 2006 roku. Lipna i Kłopoczyn zmieniły się bardzo. Wydaje się. że większość pól to sady które właśnie kwitną. Oto zagroda Kazimierczaków, obok starego ceglanego domku z tamtych czasów stoi  duży, nowiutki, obok ogromny magazyn owoców, a za nim oczywiście niskopienny, starannie uprawiony sad. Wita nas starszy, niski, żylasty mężczyzna, to Janek Kazimierczak, syn Jeżeloka nieco starszy ode mnie. Nie ma już kuźni, teraz inne czasy, teraz hoduje się jabłka, całe 5 hektarów, interes idzie świetnie, kredyty z Unii pomogły wybudować magazyn. Jest jego żona i kilkunastoletnia wnuczka, pijemy herbatę z plackiem i wspominamy stare czasy. Pamięta oczywiście najazd Kozaków; ten chłopak z wódką nie szedł wcale do dziewczyny, to był zwiadowca miejscowego oddziału AK. Kozacy jednak mieli rację, to był szpieg, dobrze że zabrał z sobą ratującą życie flaszkę. Dziewczynka słucha tego wszystkiego jak bajki o żelaznym wilku.

         Wizyta u Janka jest krótka, jedziemy dalej podziwiając okolicę. Większość pól to niskopienne, starannie utrzymane  plantacje jabłek, dużo nowych domów, prawie przed każdym samochód. Nie ma już tej biedy sprzed kilkudziesięciu czy kilkunastu lat. Osiemdziesięciosiedmioletni Pacholik mieszka u córki niemal naprzeciw dawnego grobu. Wokół dorodny sad, tylko ten niewielki kwadrat ziemi na rogu polnej drogi i miedzy nadal jest ugorem pełnym chwastów i nie posadzono na nim ani jednej jabłonki. Rozmawiamy o starych czasach i dopiero teraz Pacholik przypomina sobie, że wszystkich poległych z czasów wojny już dawno ekshumowano. Ale kiedy i dokąd - tego sobie nie przypomina.

         Dużo wcześniej, gdzieś w 2005 roku surfując po internecie natrafiam przypadkowo na stronę niemieckiej agencji zajmującej się odnajdywaniem i opieką nad grobami niemieckich żołnierzy poległych w obu wojnach światowych. Jest tam i forum i na tym forum pytanie niejakiej pani Böhm czy ktoś wie o losach 214 pułku grenadierów pancernych którzy bronili linii Wisły w styczniu 1945 roku. Miała wtedy dwa lata, ojca nie pamięta, ostatni list poczty frontowej jaki dotarł do jej matki datowany był 9 stycznia. Teraz jako stara już kobieta chce się czegoś dowiedzieć gdzie jej ojciec zginął, może nawet odnaleźć jego grób. No tak, więc ten duży napis na pancernym transporterze ugrzęzłym na drodze do Skarbkowej to był właśnie 214, a nie 412! Mała jest szansa, że jej ojciec należał do pochowanych wówczas w Lipnej Niemców, ale odpisuję podając trochę szczegółów. Nawiązuje się korespondencja. Wysyłam mapkę, agencja jest zainteresowana grobem.  Potem rok albo więcej przerwy, na Boże Narodzenie dostaję od pani Böhm paczkę z plackiem i pierniczkami - według załączonej kartki „Frontpaket". Wreszcie kilka dni temu, latem 2007 roku otrzymuję list od pani Böhm: niemiecka agencja dokonała wywiadu w gminie do której należy Lipna - wszystkie zwłoki zostały już dawno ekshumowane i przeniesione na nieznany cmentarz. Sprawa już skończona, ale coś jednak zostało: wymieniliśmy z panią Böhm kilka zgodnych uwag że czas już pogrzebać przeszłość i co nam pozostaje to poprostu pamiętać o zmarłych. Tylko tyle i aż tyle.

II

         Mieszkając przez te wszystkie lata w Warszawie nigdy jakoś nie wpadło mnie do głowy by odwiedzić stare kąty w Nowej Wsi. Dopiero w tym stuleciu, był to chyba rok 2002, pożyczyłem od przyjaciela auto i pojechałem. Bez trudności odnalazłem mały lichy domek na ulicy Polnej. Zaniedbane podwórko, nieco śmieci dokoła, nie wygląda to najlepiej. W domku nie ma nikogo, ale od sąsiada dowiaduję się, że tak, nadal mieszkają tam Milczarkowie. Okolica się zmieniła, przybyło domów, kartoflisko gdzie nas niegdyś wraz Władkiem ostrzelano zamieniło się w spory sosnowy las. Wracam do Warszawy i znowu dwa lata przerwy. Jest lipiec 2004, tym razem jadę do Nowej Wsi kolejką. Wlecze się niemiłosiernie, brudnawy wagon mimo wolnej jazdy trzęsie, nie ma porównania z wręcz luksusowym, szybkim pociągiem dawnego EKD. Jest upalny dzień, jeszcze jaki kilometr przez wieś i oto jestem. Wita mnie chudy, brudnawy, zarośnięty siwawą szczeciną mężczyzna w moim wieku. Ma wyraźne braki w uzębieniu i sercową zadyszkę, mętne oczy, czerwony nos - poprostu menel z problemem alkoholowym. Nie, to nie jest mój przyjaciel Władek z tamtych czasów, to jego młodszy brat dwojga imion Janek-Wojtek. Miał w czasach powstania sześć lat, a ja poprostu nie pamiętam tego brzdąca. A Władek? Władek od kilku lat nie żyje. Jankowi-Wojtkowi towarzyszy gruby olbrzym o podobnych atrybutach - Gieniek, przyjaciel jeszcze z wojska. Siadamy za domem na ławeczce, Janek-Wojtek kołysze stary wózek z niemowlęciem. Wnuk czy wnuczka? Nie, nie, to dziecko lokatorki, która zaraz wróci z pracy,  Janek-Wojtek czasem się nim zajmuje. Jest gorąco i warto by się napić. Daję Gieńkowi 20 złotych na piwo, zostajemy z Jankiem-Wojtkiem sami.

         „Mały byłem wtedy, nie wszystko pamiętam, ale ciebie pamiętam. No, a co było z nami jak wyjechaliście. Ojciec był w stalagu, bieda była. Do matki przychodził taki Niemiec, kapitan, Norbert miał na imię. Nas dzieci była piątka, Marysia miała czternaście lat. I gdy raz jeden z tych bandziorów Reinefartha z helenowskiego pałacu próbował Marysię zgwałcić Norbert go zastrzelił no i musiał się ukryć. Przeszedł front, ojciec z wojny nie wrócił i Norbert został z matką. Dopiero w 47 roku to jedno kurwiszcze, ta p... ze wsi doniosła i Norberta zabrali. Co się z nim stało nie wiem".

         Wraca ze sklepiku spocony Gieniek z kilkoma puszkami piwa i dwiema butelkami „Wisienki". Pijemy słodką „Wisienkę" z gwinta, zabijamy landrynkowy smak ciepłym piwem. A co z moim przyjacielem Władkiem? Znalazł jakiś niewypał, urwało mu rękę. Razem z Jankiem-Wojtkiem muzykowali z ustną harmonijką po warszawskich tramwajach. No a potem było wojsko, w 1959 roku Janek-Wojtek zaczyna pracować w warsztatach kolejowych w Pruszkowie i na Tk4, małej „parówce" przetacza wagony. „Takie młode chłopaczki czasem mnie prosiły, żebym im coś tam, jakąś miedź albo co innego za bramę wywiózł. To oni teraz są w tej pruszkowskiej mafii o której się tyle mówi. Tak to się zaczynało".

         Zjawia się wysoka, szczupła młoda kobieta o zniszczonej twarzy - to Tania Ukrainka, lokatorka Janka-Wojtka, matka pięciomiesięcznego Olesia który nadal słodko śpi w wózeczku. Tania nie chce ani „Wisienki" ani piwa, wraca z pracy. A co właściwie robi? Sprząta u jednego bogatego Koreańczyka właściciela jakiejś hurtowni. Nadchodzi i Romek, jej mąż mimo upału w skórzanej, zniszczonej kurtce i kaszkiecie, nieogolony, w ustach pobłyskują tombakowe zęby, pracuje na czarno w wytwórni grzejników - dwudziesty pierwszy wiek pod Warszawą, globalizacja na miarę tych okolic.

         Jeszcze jedno piwo, sapiący płytkim oddechem Janek-Wojtek przyznaje, że miedź „dla chłopaków" miedzią, ale on służył 25 lat w ORMO. I z dumą powiada, że jak on mający ksywę Dziadek przyjdzie do sklepu w Pruszkowie i jak spotka któregoś z „chłopaków", to z reguły słyszy: „Wybierz sobie flaszkę jaką chcesz Dziadek, ja płacę!" Czas się zbierać, chcę teraz iść do stacji w Komorowie, to trochę dalej, zapomniałem nieco którędy się idzie. Janek-Wojtek powiada: „Nie bój się Jacek, możesz iść, nic ci się nie stanie, wszystkie „chłopaki" pojechały na d... nad morze, a jakby co, to powiedz, że idziesz od Dziadka". Myślę, że tak źle chyba nie jest, żeby w biały dzień groziło coś na ulicy, to chyba takie przechwałki Janka-Wojtka. Ale jednak nie ryzykuję i wsiadam do kolejki w Nowej Wsi bogatszy o kontakt z pruszkowką mafią i dziękując Opatrzności, że tym razem nie pojechałem do Nowej Wsi samochodem. I pełen refleksji na czym polega konfrontacja wspomnień sprzed 60 lat - pamięć i oceny dziesięciolatka i kogoś kto ma większość życia już za sobą.

Zajmuje sie takze muzeum w Rapperswilu oraz wnukiem, troche Szekspirem i teatrem, mieszkam na wsi opodal Zurychu. yacek@freesurf.ch

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura