15 obserwujących
146 notek
198k odsłon
3046 odsłon

Jak psychoterapia omal nie zrujnowała mi życia.

Wykop Skomentuj121

Pisze notkę osobistą, ale mam wrażenie, że przede wszystkim w jakimś sensie wartościową. Tak się składa, że mam za sobą kilka lat terapii. Na terapię wydałem 30 tyś zł. Kupiłem koło 160 książek psychologicznych, na które wydałem kolejne 6 tysięcy. Pieniądze te mogłem wydać po prostu na życie studenckie, na cokolwiek innego. Jeszcze bardziej bolesna jest utrata czasu, oraz w jakimś sensie zdrowia. Tak. UTRATA zdrowia i chcę to podkreślić. Piszę ten tekst na fali wzburzenia jakie we mnie budzi dział psychologia na S24. Na swoim własnym przykładzie dowiodę(to bardzo efektowne słowo), że problemem psychoterapii jest ona sama i środowisko terapeutyczne, oraz strukturalna niekompetencja tego środowiska. Nie brak wiedzy w społeczeństwie, nie wstyd itd...Bo ja sam jestem ofiarą takich właśnie agitek, których się swego czasu naczytałem, że nie ma się czego wstydzić, że terapeuci to wspaniali ludzie, którzy leczą wszelkie zaburzenia natury psychicznej itd...


Zacznę od powodu psychoterapii. Nie będę się rozwodził nad charakterem objawów i opiszę je ogólnie. Były to objawy lękowe o charakterze społecznym. Nie one jednak mnie zmotywowały do podjęcia terapii w sensie samego cierpienia. Do podjęcia terapii zmotywowała mnie płeć przeciwna. Generalnie dziewczyny są bardzo ładne, a niektóre są jeszcze ładniejsze niż inne. Moje objawy, moim zdaniem kompromitowały mnie w oczach płci przeciwnej i chcąc się zbliżyć do pewnej konkretnej dziewczyny, kiedy byłem jeszcze na studiach, w pewnym momencie życia zdecydowałem się na psychoterapię.

Terapia. 

Terapia była podjęta w nurcie psycho-dynamicznym, co w zasadzie nic mi nie mówiło. Generalnie z informacji jakie udało mi się zdobyć w bardzo archaicznym w tamtym czasie internecie, można było wywnioskować że istnieje tylko psychoanaliza i za zaburzenia odpowiadają twoi rodzice i twoje dzieciństwo. Po kilku pierwszych miesiącach terapii raportowałem raczej problemy, niż ich zanikanie. Chodziło o fakt, że pozwalam sobie na wycofanie i zaniedbywanie obowiązków studenckich. Podchodziłem do tego wszystkiego jak do grypy, czy innej choroby. Jak jesteś chory na grypę, to się nie męczysz, tylko rezygnujesz a aktywności i się leczysz, a jak już to zrobisz to wracasz do życia i jest wszystko ok. Mówiłem to wprost terapeutce, ponieważ z takim podejściem wiązało się niejasne i nieuchwytne poczucie lęku. Miałem wrażenie, że robię źle i jakby wycofanie się we mnie utrwala. Po prostu nie miałem kontaktu z lękiem społecznym, ale była to forma negatywnego dostosowania się do problemu. 

Kolejnym etapem było wystygnięcie emocjonalne. Unikając lęku myślałem, że będę unikał tylko lęku, ale tak się nie da. Unika się wszelkich uczuć i ja stawałem się jakby wyblakły, jakby na jakimś jałowym biegu i emocjonalnie blady. 

Kolejnym etapem było hiper-intelektualizowanie. Mówiłem terapeutce, że nie mój umysł jest jak silnik w samochodzie z gazem wciśniętym do dechy, ale jednocześnie na luzie. Silnik wyje, ale nigdzie nie jedziemy. Cały czas mieliłem te same informacje i chodzi o informacje negatywne, przez które musiałem przejść chcąc się pozbyć problemu. Chodzi o to, że siedząc w terapeutycznej atmosferze psychoanalizy, świat staje się czarny. Jest to świat złych rodziców, złych czynów, złych postaw, złego społeczeństwa itd...Twoim zadaniem jest "uświadomić sobie" to całe zło. No ale to zupełnie i diametralnie zmienia twoje podejście do świata o spojrzenie na ludzi. Może się zdarzyć, że w tym utkniesz. 


Terapeutka.

Generalnie po kilku miesiącach i raportowaniu o raczej negatywach, miałem pretensje raczej do siebie. Coś robię źle, nie otwieram się dostatecznie. Może za mało analizuję itd.. Chciałem terapię kończyć. Terapeutka jednak mnie od tego odwiodła. Minęło kilka kolejnych miesięcy i trochę moje nastawienie się zmieniło. Problemem dla mnie było zachowanie terapeutki i sam nurt. Pewnie sobie nie zdajecie sprawy jak to wygląda. Wygląda to tak, że terapeutka się na ciebie patrzy..patrzy...patrzy..i patrzy. Do tego wszystkiego sama terapeutka zdawała się spięta zdenerwowana i generalnie atmosfera była daleka od swobodnej. Zacząłem o tym mówić, że rozumiem, że ja jestem nieogarnięty w kontakcie personalnym, ale jak widzę takie samo zachowanie po drugiej stronie, to mi to w niczym nie tylko nie pomaga, ale wręcz przeszkadza. Całymi minutami terapeutka "robiła ścianę" i po prostu kamienną twarz na moje pytania, na to co mówiłem itd...no i generalnie miałem z tym problem. Odpowiedz jaka padłą na moje obiekcje, powinna mnie skłonić do zakończenia terapii już w tym momencie. Terapeutka powiedziała, że "To nie jest moja terapia, tylko Pana". Ja tylko i wyłącznie sugerowałem, że my w tym gabinecie jesteśmy jak ślepy prowadzący głupiego i coś jest chyba nie tak. Tak to widzę, tak czuję. Odpowiedź można by przetłumaczyć "Ja tu robię terapię i robię ją jak robię i mną się nie zajmujemy"

Wykop Skomentuj121
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości