Czy sa granice wolności słowa? Okazuje się, ze są. Obszczekanie sąsiada mianem pedał kosztuje 15 tysięcy. Jacek Żakowski postuluje, żeby cenzurować wpisy w internecie. Nie chodzi o kasowanie słów wulgarnych przez automat, bo łatwo to obejśc, ale o wstępna moderację, zeby wyplenić buractwo.
To walka z wiatrakami. Nawet rozumiem troskę nad "upadłym" językiem jaki w dużej mierze króluje w internecie. Tyle, ze jak ktos nie chce sie pobrudzić to chodzi po wykostkowanym trotuarze, a nie grzęźnie w błotnej brei.
Jestem za tym by piętnować chamstwo w internecie. Żakowski w radio TokFM jednak wypada jak faryzeusz gdy piętnuje portal gazeta.pl, ze dopuszcza do rynsztoku. Może w ramach bojkotu powinien przestać korzystać z produktów producenta, który pozwala by w jednym z jego mediów lało sie szambo strumieniem. Dzisiaj musiałby po częsci zbojkotowac samego siebie. Ciekawy paradoks.
O ile korzystanie z onetu czy interii uważam za ostatecznośc to ci, którzy zjeżdżaja pod kreskę by poczytać to juz prawdziwi masochiści albo szaleńcy. Te miejsca przyciagaja tylko sobie podobnych. Sa potrzebne aby można było skanalizować ich frustracje. Jak się nie wyżyją na łonecie to wybuchną w innym miejscu.
Przy okazji wyszła sprawa ataku internautów na Dorotę Świeniewicz. Jeśli faktycznym powodem jej odejścia z kadry były wpisy na łonecie to w sumie dobrze, ze odeszła. Po co to w ogóle czytała (nie ma lepszego sposobu na spędzanie wolnego czasu) i po co doświadczona zawodniczka przejmuje się garstką anonimowych furiatów?



Komentarze
Pokaż komentarze