– Liberté! – wrzasnął łysawy waszmość z czarnym wąsikiem, po czym z całej siły uderzył młotem w głowę kamiennej rzeźby gotyckiego portalu, która, jak piłka, potoczyła się pod nogi rozentuzjazmowanej tłuszczy. – Fraternité! – podobny los spotkał też czaszkę św. Piotra. – Egalité! –młot oprawcy runął na czerep archanioła Gabriela z takim impetem, że aż zatrzepotały mu skrzydła.
W duchu egalitaryzmu kolejne łby roztrzaskiwały się następnie na bruku i mieszały ze sobą bez względu na pochodzenie i funkcje pełnione przez ich właścicieli w świecie doczesnym; na trotuarze tonsura kapcana z Asyżu sąsiadowała z majestatyczną czupryną Ludwika IX. W ten symboliczny sposób rewolucja francuska rozstawała się z pamiątkami ancien régime’u.
Po dewastacji katedry tłum ruszył w kierunku pozostałych świątyń. Rzecz jasna – na czele pochodu kroczyła nieustraszona Marianna. Zgodnie z malarską fantazją Delacroix, w ferworze walki, niby to przypadkiem, odsłoniło pulchne dziewczę dekolt, by falującą piersią zagrzewać podchmielonych łapserdaków do boju o wolność i postęp. Zaś obok dziewicy (choć co do tego historycy mają spore wątpliwości) – zamieniwszy młot na dwururkę – po trupach parł do celu znany nam już wąsaty jegomość.
– Vous êtes belle – wymamrotał znienacka, zezując w stronę wyeksponowanych wdzięków Marianny.
– Kim pan jest, obywatelu?
– Przecież jestem André Phiaoua!– odrzekł zdumiony, że ktoś mógł nie rozpoznać w nim jego samego. – Ale możesz mówić do mnie André – dodał mrugając poufale.
– Niech pan zatem posłucha, monsieur Phiaoua, dawne chucie odchodzą w cień, a ich miejsce zajmuje rewolucja – (nie przypuszczając nawet, że niebawem legiony Róż i Wand podążą wytyczonym przez nią pionierskim tropem) odparła nieczuła na zaloty właścicielka biustu.
Kierując się zaś w stronę tłumu zakomenderowała – Naprzód, zniszczmy je wszystkie! Utrzymywane ze środków publicznych zmurszałe kościółki, miejsca narkotyzacji ludu, któremu tłusty kler – jedną ręką drenując kieszeń – drugą aplikuje duchowe opium. Allons-y!
To właśnie wtedy dzielny André postanowił, że idee pyzatej Marianny wcieli w życie po powrocie do kraju. Okazja nadarzyła się, gdy wielkopańskim gestem mecenasa sztuki rada powiatu tarnogórskiego rzuciła ochłap (pardon: dotację finansową) dwóm parafiom. Przypomnijmy dla ścisłości, że subwencję przyznano w oszałamiającej kwocie 14 tys. dla jednej i 12,5 tys. zł dla drugiej. W sumie więc na ratowanie zabytków w całym roku obiecano połowę tego, ile przeznacza się na same tylko diety radnych w skali jednego miesiąca!
Mimo tego niezłomny André (znany m.in. z tego, że w poprzedniej kadencji zgłaszał wnioski o podwyżkę diety) przystąpił do ataku. Naciągnąwszy swą frygijską myckę defensora progresu, jak nie huknie nasz miejscowy sankiulota.– Niech Kościół sam remontuje swoje zabytki. My – powiat – ewentualnie się tylko potem nimi pochwalimy w jakimś folderze lub podczas zagranicznej delegacji.
Kamil Łysik



Komentarze
Pokaż komentarze