Jadowitym piórem Jadowitym piórem
247
BLOG

Mery kristmas

Jadowitym piórem Jadowitym piórem Kultura Obserwuj notkę 5

 

 

Większość z nas z pewnością dostąpiła już w swej karierze zawodowej zaszczytu spożycia tzw. wigilii zakładowej, a organizowane tuż przed Wigilią Świąt Bożego Narodzenia spotkania pracowników z pracodawcami stają się z roku na rok coraz powszechniejsze. Wydaje się nawet, że wigilia zakładowa zyskuje w Rzeczpospolitej rangę zjawiska społecznego i niebawem stanie się przedmiotem pogłębionych analiz socjologicznych. Przyznajmy, jest co badać i opisywać.

Dzień wigilii – niby dzień jak co dzień, a jednak jakiś inny; podniosłą atmosferę wyczuwa się już u wejścia, kiedy nawet spóźnialskim włos z głów nie spada – przecie to Boże Narodzenie (choć kalendarz zbliża się dopiero do IV niedzieli Adwentu), powszechna amnestia i odpuszczenie win. Dzień serdeczności kierownictwa, czarujących uśmiechów, wyszczerzonych zębów, eleganckich garsonek i połyskujących marynarek, falujących woni słodkich perfum, obwieszonych metalami szlachetnymi koleżanek, na wpół zduszonych krawatami w bałwanki kolegów. Słowem kristmas co się zowie.

Zdaje się, że wnet zza rogu wyskoczy reniferowy orszak zimowego krasnala z reklamy, powszechnie zwanego w tej szerokości geograficznej Świętym Mikołajem. O, już jest! Wiezie na saniach wór prezentów, w sam raz na wigilię zakładową. Na barwnie udekorowanych stołach reprezentacyjnej sali lądują więc ciasteczka, czekoladki, cukierki, pomiędzy nie wpływa śledź w śmietanie, srebrzyście połyskuje rolmops, mieni się salami, pachnie szyneczka. A do tego kawka, słodki napój owocowy, słodkie winko. Jak wigilia to wigilia!

I zaczyna się, co roku tak samo. Najpierw łzy z oczu wyciska podniosłe przemówienie szefa o obowiązku dzielenia się, rodzinnej atmosferze świąt, chwili odpoczynku i refleksji. Potem zaraz opłatek i takie braterskie, egalitarne: „pomyślności” – cmok, cmok, „szczęścia” – cmok, cmok, „awansu”, „podwyżki”, a z braku lepszych pomysłów także i niezawodne: „najlepszego”; cmokom końca nie ma. Najdłuższe kolejki ustawiają się oczywiście do najmłodszych koleżanek, wszak w ten jeden dzień w roku każdy może bezkarnie wyściskać wydekoltowaną sekretarkę prezesa.

No a potem konsumpcja, stoły uginają się od frykasów, więc paniusie na diecie wzajemnie udzielają sobie dyspensy i nuże: wędlinka i śledzik, i znowu pralinka. Dźwięczą sztućce i zastawa, słodkie miesza się ze słonym, chichot dam przeplata się z rechotem dżentelmenów. Najlepsze jednak dopiero przed nami, bo właśnie z szelmowskim uśmiechem wpada zziajany pan Zdzisiek, pobrzękując szkłem w reklamówce.

Głupi, kto w dzień zakładowej wigilii udaje się do pracy samochodem. Toż to afront nie przechylić z prezesem szklanicy, niepowtarzalna okazja do spoufalenia się z przełożonym. „Andrzej jestem”, „Mieczysław, ale mów do mnie: Mieciu”. Rozgrzany pan Edek bryluje w towarzystwie niedwuznacznym dowcipem. Atmosfera rozluźniona, twarze rumiane, oczy błyszczące, dłuższe wyrazy stają się zbyt skomplikowane do wymówienia za pierwszym razem. Jeszcze przed chwilą królujące „efentualnie” i „oczyfiście” szybko ustępują terminom bardziej przaśnym i mniej wysublimowanym.

Dziś pracować aż się chce. Szkoda więc wracać do domów, gdzie nuda przedświątecznych przygotowań, adwentowa szarzyzna, zupa jarzynowa na obiad i wiadomości telewizyjne na wieczór. Mery kristmas!

 

Kamil Łysik

„Przegląd Piekarski”, grudzień 2011

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Kultura