O sprawie Kataryny raz jeszcze z perspektywy kogoś, kto jak ja zna nieco funkcjonowanie mediów informacyjnych i mechanizm kreowania newsów w celu uzyskania tak zwanej cytowalności. Pokuszę się o rekonstrukcję zdarzeń, które doprowadziły do obecnej awantury. Zaznaczam, że jest to JEDYNIE moja hipoteza.
Pani Czubkowska z „Dziennika” dostaje/sama zgłasza temat na kolegium redakcyjnym: „Ciąg dalszy sprawy młody Czuma vs Kataryna”. Co prawda temat zdycha, bo Czuma się ośmieszył, ale możemy przecież... ujawnić Katarynę. Sama oświadczyła, że to zrobi, gdy dostanie pozew od Czumy. A nie dostanie. Chodzi więc o to, żeby jej „coming out” nastąpił u nas, a nie u konkurencji. Redakcja liczy też, że uda się Katarynę, już pod nazwiskiem, pozyskać do współpracy – tak jak niegdyś Jana Rokitę. Będzie news na jedynkach wszędzie w Internecie, materiały w TV. Gazety też opiszą, bo to smaczna historia. Słynna blogerka zasila stajnię Krasowskiego. Palce lizać.
Po kolegium pressing-stressing. Chęć jak najszybszego dopięcia tematu. Bratni „Fakt” też węszy. Może wywęszy pierwszy. Cała nadzieja w tym, że statystyczny czytelnik tej gazety kompletnie nie ma pojęcia co to takiego ten blog Kataryny. No ale w sumie nie wiadomo. Pani redaktor Czubkowska gryzie paznokcie i wysyła do blogerki osławionego esemesa. Wielu komentatorów uznało go za mało wybredną próbę szantażu. Dla mnie to przejaw lekkiej paniki dziennikarza, który boi się, że położy temat, bo ktoś mu go sprzątnie sprzed nosa.
Pani Czubkowska przeholowała, Kataryna nie zgodziła się na „coming out”. Wspólnie z panem Zielińskim podkręcają więc temat (zaznaczam, że nie wiem kto w jakim stopniu był ostatecznie autorem ich wspólnego tekstu) zamieszczając informację (której Kataryna zaprzeczyła) jakoby blogerka brała kasę od prezesa TVP Kwiatkowskiego w czasie, gdy anonimowo krytykowała go na blogu. To poważny zarzut i właściwie jedyny, jaki można by postawić Katarynie. Właśnie – można by. Redakcja nie przedstawiła dowodów. Przecież nie z obawy o ujawnienie tożsamości blogerki, he, he... Szanowny „Dzienniku”: macie te kwity na Katarynę czy nie?
Nie macie? Hm... Cezary Michalski przeżywa swoją wolę mocy i pisze płomienny tekst przeciw obłudzie Kataryny. Dowodów brak, ale komentarz o jej „utraconej czci” pomaga redakcji... zmienić temat. Otóż teraz dyskutujemy już o chamstwie w Internecie i zgubnym wpływie na debatę publiczną komentarzy pisanych pod pseudonimami. Ksiądz Boniecki alarmuje, że tak to można tylko w konfesjonale. Czyżby zapomniał, że pod pseudonimem ukrywał się najsłynniejszy felietonista „Tygodnika Powszechnego”? A że wszyscy wiedzieli kto zacz? Jasne że wiedzieli i dlatego najszczerzej o tym co myśli i co go wkurza pisał do szuflady. Jak „Dzienniki” zostały opublikowane po jego śmierci, to wszystkim kapcie pospadały. Ja tam wolę nie czekać, aż ktoś umrze. Wolę kawę na ławę już dziś. TO jest właśnie przewaga blogosfery nad tradycyjną publicystyką! Gdyby Kisiel żył, to by dopiero powbijał księdzu Bonieckiemu gwoździe w mózg na blogu (anonimowym)...
Dowodów na obłudę Kataryny nadal brak. Ktoś podobno płaci 5k za dostarczenie kwitów na blogerkę. Jak się w końcu te dowody znajdą, to OBIECUJĘ ODSZCZEKAM. Ale „Dziennik” zajmuje się już czym innym. Na stronie www celebryci i kilku poważnych ludzi (niestety...) podpisują list otwarty przeciw chamstwu w sieci. Radio Erewan normalnie.
A napiszę to jeszcze raz, bo mi się analogia podoba. Otóż w „Przygodach barona Munchausena” jest taka scena, jak baron tonie wraz z koniem w bagnie (a może był bez konia?). Nie ma żadnej możliwości ratunku – nikt mu nie poda choćby gałęzi, nie mówiąc już o rzuceniu sznura (Kukiza też przy tym nie było). W tej sytuacji jedynym wyjściem jest wyciągnięcie się z bagna samemu za włosy. Miłośnicy przygód barona pewnie pamiętają, że Munchausenowi ta sztuka się udała. Niewykluczone, że „Dziennikowi” powiedzie się również. Za włosy wyciągali się już redaktorzy Karnowski, Krasowski, Michalski i ostatnio pani Stremecka. Pamiętajcie jednak, drodzy redaktorzy, że baron był strasznym blagierem i większość opowiadanych przez niego historii wyssana była z palca.
W tym wszystkim jest i promyczek słońca. W końcu Kataryna NIE ZOSTAŁA publicystką „Dziennika”!!! To dopiero byłaby strata.
Pozdrawiam


Komentarze
Pokaż komentarze (2)