Francuski prezydent nie zaprosił Lecha Kaczyńskiego na obchody rocznicy lądowania w Normandii. Nie zaprosił też brytyjskiej monarchini, bo podobno chce wystąpić sam na sam z Barackiem Obamą, by podreperować nadwątloną popularność. To skądinąd zrozumiałe u kogoś, kto wymienił sobie żonę na włoską modelkę. Gdyby mu to pomogło, zaprosiłby pewnie Asterixa i Obelixa.
Uroczystości mają mieć charakter „narodowy”, dlatego Sarko zdecydował się na obchody „w węższym gronie”. To oczywiście bujda, skoro „w węższym gronie” mieści się amerykański prezydent, ale mniejsza o to. Francuzi nigdy nie byli specjalnie chętni do okazywania wdzięczności za cokolwiek, a przypominanie im, że w czasie wojny raczej kolaborowali z Hitlerem niż z nim walczyli, uważają za niestosowność.
Pamiętając o żołnierzach I Dywizji Pancernej generała Maczka, których krew wsiąkła we francuską ziemię latem 1944 roku, pamiętajmy też o Brytyjczykach i Kanadyjczykach, których obraził ten mały człowieczek piastujący urząd prezydenta Francji. Jednak nie zapominajmy jednocześnie, że zwłaszcza Anglicy sami doskonale potrafią zatroszczyć się o to, by świat pamiętał o ich udziale w pokonaniu Hitlera. My ciągle tego nie potrafimy, albo nie chcą nas słuchać. Dlaczego?
„Czarne diabły” generała Maczka zostały przerzucone do Normandii pod koniec lipca. Jednak już od 6 czerwca 1944 r. alianckie wojska inwazyjne wspierały polski krążownik „Dragon” i niszczyciel „Ślązak”, a także niszczyciele „Błyskawica” i „Piorun”. Ogień krążownika „Dragon” powstrzymał kontratak niemieckiej 21 Dywizji Pancernej, której czołgi mogły zepchnąć Brytyjczyków z powrotem do morza na plaży "Sword".
W osłonie powietrznej desantu walczyło pięć polskich dywizjonów myśliwskich. Loty bojowe odbywały się z niezwykłą intensywnością, niemal na granicy fizycznej wytrzymałości pilotów. Dywizjon 303 w dniu inwazji pierwsze zadanie bojowe rozpoczął o 4:45 rano, ostatnie zakończył o 22.35 (sic!). Następnego dnia piloci dywizjonów 306 i 315 zestrzelili łącznie szesnaście samolotów wroga, co było rekordowym wynikiem wśród wszystkich skrzydeł alianckich. Te szczegółowe dane podaję za albumem R. Gretzyngiera, W. Matusiaka i J. Zielińskiego „Lotnictwo Polskie na Zachodzie 1939 - 1947”.
Pan Sarkozy nie musi tego wszystkiego wiedzieć. Chce mieć uroczystości o charakterze „narodowym”. No dobrze. Jak zatem na tym tle wyglądał wkład Francuzów w wyzwolenie Francji? W czym gorsza jest polska dywizja pancerna generała Maczka od francuskiej dywizji pancernej generała Leclerca? Obie walczyły w Normandii. Obie weszły do akcji mniej więcej w tym samym czasie – na początku sierpnia 1944 roku. Tylko że w czasie, gdy Polacy wykrwawiali się zamykając kocioł pod Falaise, francuski generał, ignorując rozkazy alianckiego dowództwa, wyruszył na pomoc powstańcom w Paryżu. W tym czasie trwało też powstanie w Warszawie. Generał Maczek nie miał takiej szansy jak jego francuski kolega. Nie mógł triumfalnie wkroczyć do stolicy swojego kraju. Zamiast tego wyzwalał kolejne francuskie miasta i miasteczka. Warto, żebyśmy o tym pamiętali, bo Francuzi, Amerykanie i Anglicy mają to gdzieś.
Na co, poza wątpliwym efektem wizerunkowym, liczy Sarko nadskakując Obamie? Niniejszym dedykuję francuskiemu prezydencikowi fragment wspomnień polskiego pilota, asa myśliwskiego, jednego z tych, którego koledzy toczyli ciężkie boje nad Francją w czerwcu 1944 roku. Pilot ów cytuje bardzo przenikliwą opinię pewnego imigranta rozczarowanego Stanami, który już w roku 1939, w przededniu wybuchu wojny, mówił tak: „Anglosasi mają doskonałą tradycję handlową. Za dawnych czasów handlowali czarnym człowiekiem, a teraz zaczynają białym. W ramach tego chwalebnego progresu Ameryka sprzeda was wszystkich, moi kochani, nawet się nie zorientujecie kiedy, a kiedy dowiecie się o tej transakcji, będzie już jak zwykle za późno”.
Ile wartym partnerem dla Obamy w globalnej układance jest Sarozy? Facet, który na arenie międzynarodowej skompromitował się ostatnio pokojową „inicjatywą” w Gruzji? Przypomnijcie mi, bo może jestem niesprawiedliwa, jakież to wiekopomne sukcesy odniósł ten kieszonkowy prezydent na arenie międzynarodowej? Oczywiście poza poślubieniem włoskiej modelki. Sarkozy'ego można dziś tanio kupić i Amerykanie o tym wiedzą. Dziadek De Gaulle pewnie przewraca się w grobie słysząc, że francuskiemu prezydentowi za namiastkę sukcesu starcza wspólne zdjęcie z prezydentem USA.
Tak szczerze, to nie mamy co się zżymać na francuskie obchody lądowania w Normandii, skoro sami nie potrafiliśmy przyzwoicie przygotować naszej rocznicy 4 czerwca. Czemu więc właściwie czepiam się Sarkozy'ego? Wszystko jeszcze można uratować. Naszym władzom podsuwam pomysł na kolejną wielką improwizację rocznicową. Zorganizujmy własne obchody „D-day” na plaży w Dębkach i zaprośmy królową brytyjską. Na pewno przyjedzie.
Pozdrawiam


Komentarze
Pokaż komentarze (6)