Czy wieczory autorskie kojarzą wam się z nudą? Jeśli kiedykolwiek uczestniczyliście w czymś takim, to pewnie wiecie o czym mówię. Przeintelektualizowana atmosfera, wszyscy spijają sobie z dzióbków, kadzą autorowi. Ja też tak myślałam. Aż do dzisiaj.
W warszawskim Traffic Clubie miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu wokół debiutanckiej powieści Magdaleny Miecznickiej„Cudowna kariera Magdy M.” Powieść – cóż, kupiłam ją wczoraj i przeczytałam ledwie 50 stron, wydawała mi się dość narcystyczna, nie lubię takiej tematyki, ale prawdopodobnie pomyliłam się w ocenie. I to bardzo. Nie o powieści jednak chciałam Wam opowiedzieć, każdy sam (ja też) powinien ją przeczytać.
Spotkanie z autorką prowadził pan Dariusz Nowacki, krytyk literacki, fragmenty powieści czytał Krzysztof Gosztyła. We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” Nowacki miał nieszczęście popełnić recenzję książki Miecznickiej. I był to prawdopodobnie jego największy błąd tygodnia:) Zapowiadało się niewinnie, ale jak tylko prowadzący oddał głos autorce – zaczęło się.
Pierwszy raz spotkałam się, żeby autor tak inteligentnie zmiażdżył (dosłownie!) recenzenta swojej (w dodatku debiutanckiej) powieści. Magdalena Miecznicka sama jest krytykiem literackim i może dlatego miażdżenie przychodzi jej nadzwyczaj łatwo.
To nie jest zarzut – wręcz przeciwnie! Spotkanie miało niespotykany wigor intelektualny. To był wspaniały przykład ŻYCIA literackiego w najlepszym tego słowa znaczeniu. Miecznicką szczególnie zirytowało, że pan recenzent czepiał się tego, czego w jej powieści nie ma. Na przykład przeszkadzało mu, że w powieści nie ma scen seksu. Miecznicka przytomnie argumentowała, że nie poruszyła jeszcze paru innych zagadnień, na przykład problemów współczesnej transplantologii. Jest to niewątpliwie ważny problem społeczny, a u Miecznickiej – ani słowa! Skandal.
Nowacki bronił się jak mógł, ale niezbyt mu to wychodziło. Usiłował jeszcze kontratakować. Zauważył, że „życie erotyczne szesnastolatek jest samo w sobie fascynujące”, a u Miecznickiej nie dość, że nie ma seksu, to zabrakło też krytyki wielkich korporacji (mówił serio!) Publiczność na tę uwagę zareagowała śmiechem. Recenzent „Gazety Wyborczej” wystawił sobie, mówiąc oględnie, nienajlepsze świadectwo. Ten wieczór należał bezapelacyjnie o autorki.
Dlaczego o tym piszę? Otóż literatura mało kogo dziś obchodzi. Kiedyś inspirowała ważne debaty społeczne, miała nawet wpływ na politykę. A dziś? Współczesna inteligencja „menadżerska”, czytelnicy „Gazety prawnej” i „Pulsu biznesu” gardzą literaturą, albo jej nie rozumieją. Otóż w Traffic Clubie na spotkaniu autorskim Magdaleny Miecznickiej poznaliśmy pisarkę, która ma coś do powiedzenia i wie jak to powiedzieć. Wie też do kogo chce mówić. Nie jest autorką „zaangażowaną” w złym tego słowa znaczeniu. Nic z tych rzeczy. To, co chce nam przekazać wynika z jej niepokoju o nas, zapędzonych w kozi róg „samorealizacji” i zapatrzonych w fetysze kultury, trującej nasze dusze przymusem „wolności”, która jest niczym innym jak radosną rezygnacją z jakiejkolwiek własnej tożsamości.
I wkurzają ją recenzenci, którzy w ogóle nie rozumieją, o co jej chodzi.
pozdrawiam


Komentarze
Pokaż komentarze (5)