Rzecznik PiS zapowiada dziś, że perspektywa wyborów nawet w czerwcu jest całkiem realna. Dobrze wiedzieć, co takie wypowiedzi znaczą. Nie oznaczają one, że tak może się rzeczywiście stać. To wyłącznie straszak.
Na koalicjantów, gdyby przypadkiem wpadło im do głowy, żeby nie poprzeć kandydata PiS na marszałka. Na pisowskich posłów z dalszych rzędów, gdyby nie bardzo chciało im się iść na głosowanie. Wreszcie na tych, którzy rozważają, czy nie przyłączyć się do Marka Jurka. Dla wszystkich tych grup wybory oznaczają bardzo prawdopodobny koniec kariery parlamentarnej.
Jestem przekonany, że Jarosław Kaczyński, choć oczywiście nie wyklucza rozwiązania parlamentu, to bardzo tego nie chce. Zdaje sobie sprawę, że to co ma dziś on osobiście, jest szczytem możliwości.
Rzeczywistość przeszła przecież jego najśmielsze oczekiwania. Kaczyński marzył o zarządzaniu państwem. Jeszcze dwa lata temu myślał zapewne, że jeśli uda mu się zostać wicepremierem u boku Jana Rokity, będzie to szczyt jego kariery.
A tu tymczasem nie dość, że sam jest szefem rządu, to jego brak został prezydentem. To więcej niż kiedykolwiek marzył.
Nie ma takiej możliwości, żeby to kiedykolwiek się powtórzyło, nawet gdyby i rząd i prezydent świetnie sobie radzili. W przyrodzie to się nie zdarza.
Więc jaką perspektywę ma dziś premier? Jeśli pójdzie na wybory, straci to, co ma teraz. Będzie tylko gorzej. Z jego i jego brat punktu widzenia.
Z punktu długofalowego budowania sceny politycznej oczywiście wygląda to oczywiście inaczej. Idąc dziś na wybory PiS mógłby dostać jeszcze całkiem przyzwoity wynik, wyeliminować Marka Jurka, pewnie LPR, może Samoobronę, a i nie pozwolić urosnąć koalicji pod wodzą Aleksandra Kwaśniewskiego.
Ale bardzo prawdopodobne jest, że jego partia straciłaby władzę, być może mogłaby rządzić dalej, ale w koalicji z mocniejszą PO. Ale na to Jarosław Kaczyński wolałby nie iść. Dlatego nie chce wyborów.
Autor podcastu Układ Otwarty. Prezes niezależnego think tanku Instytut Wolności
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka