My tak tu sobie gadu, gadu (to nie kryptoreklama) o polityce. Padają rozmaite słowa na ch... (cham to najłagodniejszy, jak się okazuje – epitet), ścierają się zwolennicy i przeciwnicy PO, PiS, POPiS, POLEW, Młodzieży Wszechpolskiej, minister Fotygi (czy bardziej jest przyczajonym tygrysem, czy też ukrytym smokiem), różnych gazet i stacji telewizyjnych. Objawili się mędrcy, prorocy, trolle (o których jeszcze wspomnę na końcu), psychoanalitycy, Wernyhorzy wszelakiej maści i opcji światopoglądowych, politycznych, obyczajowych. Dyskusja wznosi się na wyższy poziom abstrakcji, a ja chciałbym w ten piękny zimowo-wiosenny dzień sprowadzić ją na przyziemne tory, a właściwie ulice.
Zaryzykowałbym tezę, że w Polsce najliczniejszą partią jest partia użytkowników samochodów. Jest to zbiorowisko bardzo zróżnicowane począwszy od użytkowników maluchów, zemst Ulbrichta, turystycznych wersji T-34, samochodów kategorii SUV i wypasionych bryk. Są zwolennicy używania kierunkowskazów i ci, dla których dotknięcie przełącznika „migacza” jest ostatecznością równą niemal Sądowi Ostatecznemu. Są władcy ulic („ Z drogi śledzie, bo król jedzie”) i szare myszki.
Przy tak wielu różnicach, jedna cecha łączy wszystkich kierowców – podejrzliwość, że państwo i samorządy nieustannie dybią na ich pieniądze. Trzeba przyznać, że ta podejrzliwość ma swoje uzasadnienie.
Jak dogmat traktowane przekonanie, że samochody z silnikami napędzanymi olejem napędowym klekoczą, nie mają przyspieszenia, ale za to są tańsze w eksploatacji od benzyniaków, dzisiaj nie jest warte funta kłaków. Diesle śmigają cichutko, mają depnięcie na gaz, ale olej napędowy jest tak samo drogi, jak etylina. Jakoś nie trafiają argumenty, że „ropa” zawsze drożeje zimą. A co będzie, kiedy nasze szanowne państwo podwyższy (pardon – przywróci) akcyzę i na ON, i na etylinę? Co bardziej przedsiębiorczy rodacy jeżdżą już na olej jadalny, ale prowadzenie samochodu śmierdzącego niczym McDonald’s jest przyjemne chyba tylko dla zwolenników przesmażonych frytek. O tym, że drożeje LPG, nawet nie warto wspominać. Ciekawe, czy wprowadzenie biopaliw obniży koszty eksploatacji samochodów, czy też przyczyni się do ich szybszego wyeksploatowania? Pożyjemy, zobaczymy, jak mówią najstarsi górale. Na razie pociechę skołatanych nerwów i portfeli znajdują rolnicy, których zapewnia się, że będą mogli lać biopaliwo do swoich ciągników i maszyn.
A ubezpieczenia komunikacyjne? To jest dopiero pole do popisu (nie: POPiS-u) dla polskiego fiskusa. Najpierw minister Religa mówi, że kierowcy będą płacić za leczenie ofiar wypadków, jakie spowodowali i finansowane to będzie z OC, z którego 20 proc. składki będzie przekazywana do Narodowego Funduszu Zdrowia na ten cel. Na takie dictum odezwały się firmy ubezpieczeniowe, że wobec tego musi znacząco wzrosnąć ta składka. Ministerstwo Zdrowia „poszło więc po rozum do głowy” i obniżyło 20% do 12% (pytanie dla Venissy – czy Religa zastosował technikę zwaną drzwiami-w-twarz?), co rzekomo ma spowodować jedynie minimalny wzrost składki OC. Ministerstwo wycofało się również z zapisów o tym, że wyższą składkę przez kilka lat płacić mieliby kierowcy, którzy prowadzili samochód pod wpływem alkoholu. Wycofało się – dodajmy – po poważnych zastrzeżeniach dotyczących konstytucyjności tego przepisu.
W Polsce około 14 mln kierowców płaci OC. Rząd zamierza prawnie i sprawiedliwie obciążyć ich wszystkich ryczałtową opłatą (czytaj: kolejnym podatkiem) na rzecz ofiar wypadków drogowych. A ja się pytam, z jakiego powodu taki sam ryczałt ma płacić kierowca w ogóle nie powodujący kolizji oraz taki, który spowodował wypadek, w którym ucierpieli ludzie? I dlaczego ten ryczałt ma trafić do wora bez dna, jakim jest NFZ, który jak gąbka chłonie nasze pieniądze?
Politycy LPR postulują obowiązkowe wyposażenie każdego samochodu w alkomat. Każdy sposób walki z pijanymi kierowcami zasługuje na pochwałę, choć akurat mam wątpliwości, czy alkomaty nie spowodują wzrostu cen nowych samochodów i w związku z tym jeszcze mocniej wzrośnie sprzedaż pojazdów używanych bez alkomatów i często w fatalnym stanie technicznym. Skoro już jednak mowa o alkomatach, to może posłowie LPR zastanowią się nad ich montażem w rowerach? Takie urządzenie w wysłużonym romecie lub nowym góralu, to jest dopiero full wypas.
I na koniec – posłowie sejmowej Komisji Infrastruktury, którzy mają pomysł, jak zlikwidować korki w centrach dużych miast. Nie chodzi im bynajmniej o takie banalne rozwiązania, jak nowe ulice, obwodnice, transport publiczny, parkingi. Nie, to stanowczo zbyt proste i trywialne. Im się marzy myto, czyli opłata za wjazd do centrum. Zacytuję za internetowym wydaniem „Dziennika”:
"To dobry sposób na to, by walczyć z ulicznymi korkami w najbardziej zatłoczonych miastach Polski" - przekonuje do tego pomysłu Krzysztof Tchórzewski z PiS. Wtóruje mu partyjny kolega Antoni Mężydło: "Przede wszystkim podreperujemy budżet. Będziemy mieć więcej pieniędzy na budowę dróg" - zaciera ręce poseł. I już nawet wie, ile kierowcy musieliby płacić. "Podatek mógłby wynosić 1 euro, czyli prawie 4 zł, tyle co na zachodzie Europy" - cieszy się.
Kiedy nas to czeka? Być może już wkrótce, bo pomysłodawcom się wyjątkowo spieszy. "Należy jak najszybciej zająć się tym pomysłem. Musimy poprawić stan dróg, a bez dodatkowych pieniędzy tego nie zrobimy" - przekonuje Janusz Kołodziej z LPR. "Inne miasta krajów europejskich już dawno wprowadziły te opłaty, więc dlaczego mamy być gorsi? Jestem pewien, że posłowie nie będą się wahać, by szybko wprowadzić ten podatek w życie!" - przekonuje.
Muszę przyznać, ze kiedy to przeczytałem, to pomyślałem w stylu komisarza Halskiego: „Wierzę, ale sprawdzę”. Zacząłem buszować w sieciowym Sejmie RP, ale nijak nie znalazłem śladu tego pomysłu. Znając jednak kreatywność córek i synów narodu, zdaje mi się, że oni to biorą na poważnie. Serio kombinują, jak dołożyć kierowcom kolejny podatek (po podatku w cenie paliwa i po projektowanym quasi podatku w cenie OC), chcą zabudować miasta bramkami poboru opłaty. To wszystko oczywiście za pieniądze kierowców, które pewnie zostaną tak samo sensownie wydane jak te, za które tworzy się CEPiK. Nic, tylko pogratulować koncepcji zdobywania pieniędzy, które można zdobyć na wiele innych sposobów poprzez środki unijne, czy też miejskie obligacje.
A teraz coś jeszcze o trollach. Jak uczy literatura przedmiotu (Sapkowski) trolle zajmowały się naprawianiem mostów, by potem czerpać zyski w postaci myta. Może więc nasze rządowe i samorządowe trolle zabiorą się do remontów, a dopiero później niech mówią o drenowaniu kieszeni kierowców?
Zaryzykowałbym tezę, że w Polsce najliczniejszą partią jest partia użytkowników samochodów. Jest to zbiorowisko bardzo zróżnicowane począwszy od użytkowników maluchów, zemst Ulbrichta, turystycznych wersji T-34, samochodów kategorii SUV i wypasionych bryk. Są zwolennicy używania kierunkowskazów i ci, dla których dotknięcie przełącznika „migacza” jest ostatecznością równą niemal Sądowi Ostatecznemu. Są władcy ulic („ Z drogi śledzie, bo król jedzie”) i szare myszki.
Przy tak wielu różnicach, jedna cecha łączy wszystkich kierowców – podejrzliwość, że państwo i samorządy nieustannie dybią na ich pieniądze. Trzeba przyznać, że ta podejrzliwość ma swoje uzasadnienie.
Jak dogmat traktowane przekonanie, że samochody z silnikami napędzanymi olejem napędowym klekoczą, nie mają przyspieszenia, ale za to są tańsze w eksploatacji od benzyniaków, dzisiaj nie jest warte funta kłaków. Diesle śmigają cichutko, mają depnięcie na gaz, ale olej napędowy jest tak samo drogi, jak etylina. Jakoś nie trafiają argumenty, że „ropa” zawsze drożeje zimą. A co będzie, kiedy nasze szanowne państwo podwyższy (pardon – przywróci) akcyzę i na ON, i na etylinę? Co bardziej przedsiębiorczy rodacy jeżdżą już na olej jadalny, ale prowadzenie samochodu śmierdzącego niczym McDonald’s jest przyjemne chyba tylko dla zwolenników przesmażonych frytek. O tym, że drożeje LPG, nawet nie warto wspominać. Ciekawe, czy wprowadzenie biopaliw obniży koszty eksploatacji samochodów, czy też przyczyni się do ich szybszego wyeksploatowania? Pożyjemy, zobaczymy, jak mówią najstarsi górale. Na razie pociechę skołatanych nerwów i portfeli znajdują rolnicy, których zapewnia się, że będą mogli lać biopaliwo do swoich ciągników i maszyn.
A ubezpieczenia komunikacyjne? To jest dopiero pole do popisu (nie: POPiS-u) dla polskiego fiskusa. Najpierw minister Religa mówi, że kierowcy będą płacić za leczenie ofiar wypadków, jakie spowodowali i finansowane to będzie z OC, z którego 20 proc. składki będzie przekazywana do Narodowego Funduszu Zdrowia na ten cel. Na takie dictum odezwały się firmy ubezpieczeniowe, że wobec tego musi znacząco wzrosnąć ta składka. Ministerstwo Zdrowia „poszło więc po rozum do głowy” i obniżyło 20% do 12% (pytanie dla Venissy – czy Religa zastosował technikę zwaną drzwiami-w-twarz?), co rzekomo ma spowodować jedynie minimalny wzrost składki OC. Ministerstwo wycofało się również z zapisów o tym, że wyższą składkę przez kilka lat płacić mieliby kierowcy, którzy prowadzili samochód pod wpływem alkoholu. Wycofało się – dodajmy – po poważnych zastrzeżeniach dotyczących konstytucyjności tego przepisu.
W Polsce około 14 mln kierowców płaci OC. Rząd zamierza prawnie i sprawiedliwie obciążyć ich wszystkich ryczałtową opłatą (czytaj: kolejnym podatkiem) na rzecz ofiar wypadków drogowych. A ja się pytam, z jakiego powodu taki sam ryczałt ma płacić kierowca w ogóle nie powodujący kolizji oraz taki, który spowodował wypadek, w którym ucierpieli ludzie? I dlaczego ten ryczałt ma trafić do wora bez dna, jakim jest NFZ, który jak gąbka chłonie nasze pieniądze?
Politycy LPR postulują obowiązkowe wyposażenie każdego samochodu w alkomat. Każdy sposób walki z pijanymi kierowcami zasługuje na pochwałę, choć akurat mam wątpliwości, czy alkomaty nie spowodują wzrostu cen nowych samochodów i w związku z tym jeszcze mocniej wzrośnie sprzedaż pojazdów używanych bez alkomatów i często w fatalnym stanie technicznym. Skoro już jednak mowa o alkomatach, to może posłowie LPR zastanowią się nad ich montażem w rowerach? Takie urządzenie w wysłużonym romecie lub nowym góralu, to jest dopiero full wypas.
I na koniec – posłowie sejmowej Komisji Infrastruktury, którzy mają pomysł, jak zlikwidować korki w centrach dużych miast. Nie chodzi im bynajmniej o takie banalne rozwiązania, jak nowe ulice, obwodnice, transport publiczny, parkingi. Nie, to stanowczo zbyt proste i trywialne. Im się marzy myto, czyli opłata za wjazd do centrum. Zacytuję za internetowym wydaniem „Dziennika”:
"To dobry sposób na to, by walczyć z ulicznymi korkami w najbardziej zatłoczonych miastach Polski" - przekonuje do tego pomysłu Krzysztof Tchórzewski z PiS. Wtóruje mu partyjny kolega Antoni Mężydło: "Przede wszystkim podreperujemy budżet. Będziemy mieć więcej pieniędzy na budowę dróg" - zaciera ręce poseł. I już nawet wie, ile kierowcy musieliby płacić. "Podatek mógłby wynosić 1 euro, czyli prawie 4 zł, tyle co na zachodzie Europy" - cieszy się.
Kiedy nas to czeka? Być może już wkrótce, bo pomysłodawcom się wyjątkowo spieszy. "Należy jak najszybciej zająć się tym pomysłem. Musimy poprawić stan dróg, a bez dodatkowych pieniędzy tego nie zrobimy" - przekonuje Janusz Kołodziej z LPR. "Inne miasta krajów europejskich już dawno wprowadziły te opłaty, więc dlaczego mamy być gorsi? Jestem pewien, że posłowie nie będą się wahać, by szybko wprowadzić ten podatek w życie!" - przekonuje.
Muszę przyznać, ze kiedy to przeczytałem, to pomyślałem w stylu komisarza Halskiego: „Wierzę, ale sprawdzę”. Zacząłem buszować w sieciowym Sejmie RP, ale nijak nie znalazłem śladu tego pomysłu. Znając jednak kreatywność córek i synów narodu, zdaje mi się, że oni to biorą na poważnie. Serio kombinują, jak dołożyć kierowcom kolejny podatek (po podatku w cenie paliwa i po projektowanym quasi podatku w cenie OC), chcą zabudować miasta bramkami poboru opłaty. To wszystko oczywiście za pieniądze kierowców, które pewnie zostaną tak samo sensownie wydane jak te, za które tworzy się CEPiK. Nic, tylko pogratulować koncepcji zdobywania pieniędzy, które można zdobyć na wiele innych sposobów poprzez środki unijne, czy też miejskie obligacje.
A teraz coś jeszcze o trollach. Jak uczy literatura przedmiotu (Sapkowski) trolle zajmowały się naprawianiem mostów, by potem czerpać zyski w postaci myta. Może więc nasze rządowe i samorządowe trolle zabiorą się do remontów, a dopiero później niech mówią o drenowaniu kieszeni kierowców?


Komentarze
Pokaż komentarze