Dawno, dawno temu, za górami i lasami w pewnym polskim mieście postanowiono zmienić nazwę ulicy Związku Młodzieży Polskiej, która na ulicznych tabliczkach była zapisana jako ZMP. Był rok 1990, w nowo wybranej radzie miejskiej zasiedli nowi rajcy, a wiatr historii pędził. Radni chcieli pozbyć się nazwy niesłusznej, uchwalić nazwę słuszną, ale – jako ludzie praktyczni – myśleli o tym, by nie narazić mieszkańców ulicy na duże koszty związane ze zmianą. Postanowili więc nadać nazwę Zwiastowania Marii Panny i pozostawić skrót na tabliczce.
W innym mieście, również za górami, lasami i rzekami była sobie ulica Gagarina. Na sesji rady miejskiej wstał radny i stwierdził, że koniecznie trzeba zmienić patrona ulicy, bo przecież nawet nie wiadomo, czy ten Gagarin w ogóle wylądował na Księżycu.
We Wrocławiu nie wykazano takiej czujności i plac Czerwony przemianowano na plac Solidarności dopiero w 2000 roku w 20. rocznicę założenia NSZZ Solidarność, której dolnośląski region mieści się w budynku stojącym na wyżej wzmiankowanym. Nic to, że nazwa nie pochodziła od placu Czerwonego w Moskwie, a od czerwonego pyłu pokruszonej cegły pozostałej po wyburzeniu ruin w 1945 roku. Niestety, nie wiadomo, czy przez przeoczenie, czy jako prowokację, pozostawiono ulicę Ruską, która istniała także za ancient regime, czyli komuny i nie była wtedy ulicą Radziecką.
A w takiej Białej Nyskiej na Opolszczyźnie jest ulica Czterech Pancernych. Niestety bez psa, bo nie zmieścił się na tabliczce. No i jest kłopot, bo ulica jest, a serialu o Czterech Pancernych i psie nie chcą nadawać w TVP, a przecież nie od dzisiaj wiadomo, że jak czegoś nie ma w telewizji B. Wildsteina, to tego w ogóle nie ma.
Odkrycie, że symbole są ważne, jest być może największym osiągnięciem sprawującego władzę Prawa i Sprawiedliwości. Może więc nadawać niesłuszne nazwy z minionej epoki zjawiskom przyrodniczym niszczącym nasz piękny kraj? Już widzę te nagłówki w „Dzienniku” i „Rzeczpospolitej” i relacje telewizyjne w „Wiadomościach”: huragan „Pawlik Morozow” zerwał dach, orkan „Marian Buczek” przewrócił słupy wysokiego napięcia, sztorm „Czerwoni kosynierzy” zatopił statek, halny „Mały Franek” spustoszył regle, grad „Gomułka” zniszczył kapustę. Myślę, że projekt ustawy powołujący do życia takie nazwy uzyskałby miażdżące poparcie w sejmie, senacie i u pana prezydenta. I nikt już więcej nie będzie narzekał, że ustawa została przepchnięta przez parlament kolanem.
To wszystko powyżej to żarty (z pewnymi wyjątkami).
Czy jednak z czystym sumieniem każdy z nas może powiedzieć, że zmiana nazw ulic (tam, gdzie tego wcześniej nie dokonano), którą chce wymusić rząd, jest najważniejsza dla Polski i Polaków? Czy naprawdę nie ma rzeczy istotniejszych, którymi trzeba się zająć?
W innym mieście, również za górami, lasami i rzekami była sobie ulica Gagarina. Na sesji rady miejskiej wstał radny i stwierdził, że koniecznie trzeba zmienić patrona ulicy, bo przecież nawet nie wiadomo, czy ten Gagarin w ogóle wylądował na Księżycu.
We Wrocławiu nie wykazano takiej czujności i plac Czerwony przemianowano na plac Solidarności dopiero w 2000 roku w 20. rocznicę założenia NSZZ Solidarność, której dolnośląski region mieści się w budynku stojącym na wyżej wzmiankowanym. Nic to, że nazwa nie pochodziła od placu Czerwonego w Moskwie, a od czerwonego pyłu pokruszonej cegły pozostałej po wyburzeniu ruin w 1945 roku. Niestety, nie wiadomo, czy przez przeoczenie, czy jako prowokację, pozostawiono ulicę Ruską, która istniała także za ancient regime, czyli komuny i nie była wtedy ulicą Radziecką.
A w takiej Białej Nyskiej na Opolszczyźnie jest ulica Czterech Pancernych. Niestety bez psa, bo nie zmieścił się na tabliczce. No i jest kłopot, bo ulica jest, a serialu o Czterech Pancernych i psie nie chcą nadawać w TVP, a przecież nie od dzisiaj wiadomo, że jak czegoś nie ma w telewizji B. Wildsteina, to tego w ogóle nie ma.
Odkrycie, że symbole są ważne, jest być może największym osiągnięciem sprawującego władzę Prawa i Sprawiedliwości. Może więc nadawać niesłuszne nazwy z minionej epoki zjawiskom przyrodniczym niszczącym nasz piękny kraj? Już widzę te nagłówki w „Dzienniku” i „Rzeczpospolitej” i relacje telewizyjne w „Wiadomościach”: huragan „Pawlik Morozow” zerwał dach, orkan „Marian Buczek” przewrócił słupy wysokiego napięcia, sztorm „Czerwoni kosynierzy” zatopił statek, halny „Mały Franek” spustoszył regle, grad „Gomułka” zniszczył kapustę. Myślę, że projekt ustawy powołujący do życia takie nazwy uzyskałby miażdżące poparcie w sejmie, senacie i u pana prezydenta. I nikt już więcej nie będzie narzekał, że ustawa została przepchnięta przez parlament kolanem.
To wszystko powyżej to żarty (z pewnymi wyjątkami).
Czy jednak z czystym sumieniem każdy z nas może powiedzieć, że zmiana nazw ulic (tam, gdzie tego wcześniej nie dokonano), którą chce wymusić rząd, jest najważniejsza dla Polski i Polaków? Czy naprawdę nie ma rzeczy istotniejszych, którymi trzeba się zająć?
Może najlepiej byłoby, by mieszkańcy danej ulicy decydowali o ewentualnej zmianie patrona?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)