Jarosław Kaczyński zapowiedział kiedyś rządy do późnej starości. To pewnie miał być żart, ale mnie wcale nie ubawił. Jeszcze jakiś czas temu skłonny byłem myśleć, że obaj bracia mają polityczny plan rozpisany na wiele lat, w którym to oni grają główne role, a reszta ich zaplecza – włącznie z najwierniejszymi z wiernych – ograniczy się do roli posłusznych wykonawców, potakiwaczy i rozprowadzających, dla których z definicji przewidziano miejsce co najwyżej w drugim szeregu. Każdy, kto trochę wyrośnie lub nawet tylko będzie o to podejrzany, zostanie natychmiast usunięty bądź zmarginalizowany.
Taki los spotkał Radka Sikorskiego, co mogłyby potwierdzać słowa Joachima Brudzińskiego, sekretarza generalnego PiS. W odpowiedzi na pytanie Moniki Olejnik kiedy Radosław Sikorski może zostać prezydentem powiedział, że po kolejnej kadencji prezydenta Lecha Kaczyńskiego i po kolejnych dwóch kadencjach Jarosława Kaczyńskiego. Ze strony Brudzińskiego był to test lojalności wobec wodzów, a może wiara, ze tak właśnie się stać powinno.
Jednak wydarzenia z ostatniej środy, kiedy zupełnie niespodziewanie Ludwik Dorn, wieloletni towarzysz broni braci Kaczyńskich podał się do dymisji ze stanowiska szefa MSWiA dają wiele do myślenia. Jedno z kluczowych ministerstw do sprawowania i utrzymania władzy zostało decyzją J. Kaczyńskiego odebrane człowiekowi, w którego wierność – jak wskazuje droga życiowa ściśle związana z drogą braci Kaczyńskich – trudno było dotąd wątpić. A jednak został usunięty z głównego frontu walki i skierowany na boczny tor (być może w oczekiwaniu na lepszą koniunkturę polityczną).
Co takiego się stało, by zostało podważone zaufanie braci do Dorna? A może to nie była kwestia zaufania tylko chodziło zupełnie o coś innego? Może zrozumieli, że Lech nie ma szans na reelekcję, a Jarosław tak zasmakował w realnym rządzeniu, że fanfary w pałacu to nie jest szczyt jego marzeń? Może bracia zrozumieli, że jedyną drogą do dalszego rządzenia jest wygrana w wyborach prezydenckich polityka młodego, zdolnego, ambitnego, ze stosunkowo dużym zaufaniem u ewentualnych wyborców, a im – nawet w przypadku porażki w wyborach parlamentarnych - pozostanie wiele sznurków i kierowanie z tylnej kanapy?
Teraz więc czyszczą przedpole szykując się do nowej bitwy. Przy okazji wysyłają jasny sygnał do swoich ludzi z przesłaniem, że skoro „trzeci bliźniak” został rzucony na inny, mniej odpowiedzialny odcinek, to taki los może być w każdej chwili udziałem każdego. Upiekli więc dwie pieczenie na jednym ogniu.
Co dalej będzie ze Zbigniewem Ziobro? Na razie jest ministrem sprawiedliwości, prawdopodobnie zyskał też duży nieformalny wpływ na policję. Skupia więc instrumenty potrzebne do budowy i trwania państwa omnipotentnego, które marzy się braciom. Jeszcze terminuje u braci, ale niedługo przyjdzie czas jego wyzwolenia. Zostanie politycznym czeladnikiem i będzie czekał na swój egzamin czeladniczy, czyli następne wybory prezydenckie. Kto widział, jak Ziobro rozglądał się po Pałacu Prezydenckim podczas ceremonii zaprzysiężenia swojego przyjaciela, Janusza Kaczmarka, wie, że taki plan wobec Ziobro prawdopodobnie został sformułowany i przekazany zainteresowanemu. Oczywiście, istnieje możliwość, że swoje marzenia o prezydenturze Ziobro snuje całkowicie niezależnie od Kaczyńskich. Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, by w scentralizowanej partii ktokolwiek mógłby przejąć ster rządów bez ryzykowania otwartej wojny z braćmi. Takiej wojny Ziobro nie rozpęta, bo nie zaryzykuje swojej kariery
Braciom pozostaje więc kwestia dalszego kształtowania następcy tronu oraz takie nim sterowanie, by przedwcześnie nie „spalić” kandydata na prezydenta, a zarazem – by nie stracić nad nim kontroli. Przede wszystkim nie mogą pozwolić, by rozpoczął budowę własnego zaplecza w postaci nieformalnej frakcji w PiS. Ziobro w tym schemacie musi wiedzieć, że wszystko zawdzięcza i zawdzięczać będzie tylko i wyłącznie braciom Kaczyńskim i tylko dzięki nim może zaspokoić własne ambicje.
Czas ujawni, czy istotnie taki plan istnieje i czy ma szanse powodzenia..


Komentarze
Pokaż komentarze (3)