Powstająca w 2004 roku Socjaldemokracja Polska oferowała nową jakość polityki na lewicy. Miała być i wydawało sie, że była zróżnicowana. Miała twarz związkową: Jolanty Banach, fachową Marka Balickiego, socjalistyczną Izabeli Sierakowskiej, demokratyczną Andrzeja Celińskiego, (post)modernistyczną Sylwii Pusz i inteligentną, do bólu twarz chłodnego, kompetentnego marszałka Sejmu RP, Marka Borowskiego. To zróżnicowanie, szeroki wachlarz oferty personalno-programowej, dawało SDPL zdecydowaną przewagę nad , w prawdzie większym, ale ociężałym od nadmiaru władzy i bezideowym SLD. Wraz z biegiem czasu, wszystkie twarze zniknęły, pozostała jedna jedyna.
Marek Borowski był doskonałym kandydatem na prezydenta RP. To oczywiste, jak powiedziałby dziś pan Kaczyński. Nie był niestety dobrym liderem. Po podwójnej porażce wyborczej, jego i SDPL , powinien przekazać ster partii komuś młodszemu, samemu zasiadając w radzie doradców. Marek Borowski nie musiał się satrać, aby być twarzą SDPL, bo nią zostanie już do końca. Nie musiał monopolizować mediów, nie musiał legitymizować SLD, zgadzając się na wyścigu o fotel prezydenta Warszawy. Dlaczego to zrobił? Trudno odpowiedzieć inaczej, niż ze względu na własne ambicje.
Jego postawa stawała się wzorem dla różnych działaczy w terenie. Okręgi wyborcze, miały swoich Marków Borowskich, którzy otaczali się miernymi, ale wiernymi pretorianami, zniechęcającymi wszystkich, którzy mogliby zaszkodzić ich monopolowi. Wartościowi ludzie odchodzili, czasem rezygnując z udziału w życiu publicznym na zawsze. Pozostawali pretorianie i niewyżyci gdzie indziej, zapaleńcy. Jesienią 2007 roku parlament, decyzją sejmu został rozwiązany. Lokalni "liderzy" SDPL, nasyceni już lekko stanowiskami zdobytymi rok wcześniej, wyborach samorządowych obudzili się z ręką w nocniku. Niespodziewany dar, który dostali od losu stał się przekleństwem...


Komentarze
Pokaż komentarze