W czasie spotkania przy jednym stole usiedli przedstawiciele różnych środowisk: naukowcy, Rzeczniczka Praw Dziecka, poseł Konfederacji, szefowie organizacji zrzeszających legalnych bukmacherów, badacze opinii publicznej i eksperci od cyberbezpieczeństwa.
Piętnaście miliardów i hazadrdowa szara strefa
Marek Skrzyński, prezes Stowarzyszenia Bukmacherzy Razem, które zrzesza legalnych bukmacherów, zwrócił uwagę, że sama wielkość obrotu szarej strefy, o której zwykle mówi się w mediach, to nie najważniejsza liczba w tej dyskusji.
„Chciałbym wskazać na jedną wartość, która w mojej ocenie wydaje się bardziej istotną niż kwota obrotu. Chodzi o kwotę 15 miliardów w depozytach, jakie zostały wpłacone w zeszłym roku do nielegalnych i niekontrolowalnych podmiotów.” mówił w Karpaczu Skrzyński.
Skrzyński zauważył, że z nielegalnych serwisów dużo trudniej odzyskać wygraną, niż na nie wpłacić. W którym momencie duży nielegalny operator postanowi tych kwot nie wypłacać i zatrzymać je dla siebie?
To pytanie nie jest czysto teoretyczne. Podobny scenariusz rozegrał się już przy aferze Zondacrypto, gdzie klienci nieuregulowanej platformy nagle stracili dostęp do swoich pieniędzy, bo wypłaty po prostu przestały działać. Jak zauważono podczas spotkania, w przypadku hazardu skala potencjalnych strat może być kilkanaście razy większa.
Ostatni kraj Unii z takim monopolem
Zdzisław Kostrubała, prezes stowarzyszenia Graj Legalnie, które od lat zrzesza legalnych operatorów gier hazardowych i walczy z szarą strefą, w swojej ocenie skupił się na modelu regulacji prawnych.
„Wydaje mi się, że nie możemy pomijać faktu, że Polska jest dzisiaj ostatnim krajem Unii Europejskiej z takim monopolem.” mówił Kostrubała.
Ostatnim krajem, który dokonał otwarcia rynku, jest Finlandia. Inicjatorem otwarcia rynku był tam Veikkaus, fiński odpowiednik Totalizatora Sportowego, czyli tamtejszy monopolista państwowy.
„Finowie sami uznali, że ten system jest po prostu niewydolny, że utrzymywanie monopolu państwa wspiera szarą strefę.” mówił Kostrubała.
Kostrubała powiedział też wprost, kto zarabia na polskiej szarej strefie. Głównymi beneficjentami pieniędzy są podmioty rosyjskie, podmioty z kapitałem rosyjskim. Dodał, że jego zdaniem istnieją już jednoznaczne dowody na to, że pieniądze polskich obywateli wspierają rosyjskich oligarchów.
Konfederacja, państwo od walki z przestępcami, nie od zakazów
Do podobnych wniosków, choć zupełnie inną drogą, doszedł poseł Konfederacji Bartłomiej Pejo.
„Państwo nie powinno być od tego, aby mówić nam, Polakom uczciwie pracującym, w co mamy grać, a w co nie, i ile mamy pić alkoholu. Powinno nas zabezpieczyć przed konsekwencjami, a przede wszystkim przed szarą strefą i przestępcami, którym w tej chwili umożliwia działalność w Polsce.” Mówił Pejo.
Jego zdaniem jedyną drogą do realnego ograniczenia szarej strefy jest dopuszczenie legalnej konkurencji dla Totalizatora Sportowego. W momencie, kiedy państwo dopuściłoby legalną, w pełni kontrolowaną konkurencję, szara strefa straciłaby na popularności.
Dzieci pierwsze płacą cenę obecnego systemu
Na spotkaniu osobiście pojawiła się Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak i patrzyła na cały problem oczami najmłodszych użytkowników internetu, dla których granica między zwykłą grą a hazardem właściwie już nie istnieje.
„To nie jest pokazywane dzieciom jako hazard, tylko jako wyzwanie, w którym młody człowiek musi wydać jakieś pieniądze i otrzyma coś, nie wiadomo co to będzie. Jesteśmy przy mechanizmie, który jest zbudowany wokół hazardu.” Mówiła Horna-Cieślak, opisując działanie tego typu elementów gier, na przykład popularnych lootboksów, jako formę uzależniania dzieci od najmłodszych lat.
Zwróciła też uwagę na nieskuteczność weryfikacji wieku w internecie. „Wystarczy kliknąć, że ma się ukończone 18 lat, żeby móc kupić czy skorzystać z usługi.” Mówiła, porównując to do równie iluzorycznej weryfikacji przy zakupie alkoholu online.
„Jako adwokatka, jako prawniczka uważam, że ustawa nie nadąża za tym, co się obecnie dzieje, i zmiany są konieczne.” Podsumowała Horna-Cieślak.
Lista spraw do załatwienia
Z wypowiedzi na spotkaniu, mimo różnicy w motywacjach, dało się złożyć spójną listę argumentów przeciwko obecnemu modelowi.
Zacznijmy od tego, że taki model to dziś w Europie wyjątek, a nie norma. Polska jest jedynym krajem Unii, który wciąż trzyma się państwowego monopolu na kasyna internetowe, i to coraz bardziej odosobniona decyzja, nie efekt jakiejś przemyślanej strategii.
Do tego dochodzi kwestia budżetu. Monopol miał go chronić, a w praktyce go naraża. Legalny rynek to według szacunków warszawskiego think tanku Warsaw Enterprise Institute zaledwie ułamek tego, ile realnie grają Polacy, a straty budżetu z tytułu szarej strefy mogą do 2030 roku sięgnąć 9,4 miliarda złotych.
Nie bez znaczenia jest też nierówna konkurencja, jaką ten system tworzy. Skoro jedyny legalny operator nie może się reklamować, a nielegalni konkurenci reklamują się bez żadnych ograniczeń, kierując reklamy również do dzieci, to polskie prawo w praktyce karze tych, którzy go przestrzegają.
Wraca tu też liczba, od której zaczyna się ten tekst. W obecnym systemie realne pieniądze Polaków, rzędu 15 miliardów złotych rocznie, trafiają na konta firm bez jakiejkolwiek kontroli państwa, z realnym ryzykiem, że część tych środków nigdy nie wróci do graczy.
Wymowny może się wydać przykład z zagranicy. Nawet sami monopoliści w innych krajach tracą wiarę w ten model, fiński Veikkaus, przywołany przez Kostrubałę, sam zainicjował otwarcie swojego rynku, uznając własny monopol za niewydolny.
Nie wszyscy się z tym zgadzają
W czasie spotkania padły też głosy ostrożności. Dr Piotr Maszczyk, kierownik w Zakładzie Makroekonomii i Ekonomii Sektora Publicznego Szkoły Głównej Handlowej, zwracał uwagę, że sama wielkość obrotu szarej strefy może być myląca.
Rzeczywisty przychód operatorów, czyli to, co im zostaje w kieszeni po wypłaceniu graczom wygranych, to według niego około 2 do 3 miliardów złotych rocznie, a nie kilkadziesiąt miliardów obrotu, o których się mówi.
Zauważał też, że udział legalnego rynku w całości zakładów w Polsce utrzymuje się od lat na względnie stabilnym poziomie około 80 procent, więc twierdzenie, że szara strefa gwałtownie rośnie, nie zawsze znajduje potwierdzenie w danych.
Zdaniem Maszczyka, zanim otworzy się rynek, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy celem jest to, żeby Polacy grali mniej, czy to, żeby grali legalnie, bo to dwa różne cele, które czasem wymagają zupełnie innych narzędzi.
Piotr Palutkiewicz, prezes Warsaw Enterprise Institute, podkreślał, że żaden z celów zapisanych w nowelizacji ustawy hazardowej z 2017 roku, czyli ograniczenie szarej strefy, ochrona graczy i podniesienie świadomości społecznej, nie został do dziś osiągnięty, a ministerstwo finansów nigdy rzetelnie nie sprawdziło, jak ta ustawa naprawdę zadziałała.
Rozmówcy różnili się w diagnozach i motywacjach. Zdzisław Kostrubała mówił językiem strat finansowych i bezpieczeństwa państwa, poseł Pejo językiem wolności obywatelskiej, ale obaj wprost dochodzili do wniosku, że obecny monopol trzeba znieść albo przynajmniej otworzyć na legalną konkurencję.
W oczach Rzeczniczki Praw Dziecka prawo nie nadąża za nowymi formami hazardu wśród dzieci i młodzieży.
Dla Polaków temat sprowadza się do dwóch prostych pytań. Czy jego podatki uciekają dziś za granicę, do firm, których nikt nie kontroluje i nie wiadomo, co z tych pieniędzy finansują, oraz czy jego dziecko jest bezpieczne, surfując po internecie i w mediach społecznościowych.
Fot: Na Forum Ekonomicznych w Karpaczu dyskutowanu o szarej strefie w branży kasyn online





Komentarze
Pokaż komentarze (16)