58 obserwujących
47 notek
350k odsłon
  4079   4

Słowik i dziennikarski pomiar patologii

Andrzej Zieliński, ps. "Słowik".
Andrzej Zieliński, ps. "Słowik".

Życie dziennikarzy sportowych nigdy nie było łatwe już choćby z tego powodu, że zmuszani są do rozmów ze sportowcami. Pole minowe z wilczymi dołami. Jak rozmawiać ze sportowcem? Czego się spodziewać? Na jakie meandry myśli trzeba być przygotowanym i wreszcie jak w pewnych przypadkach przeprowadzić dialog, gdy sportowiec monosylabą chrząka? Są to tematy trudne, jest to osobna dziedzina wiedzy wymagająca stworzenia co najmniej kolegiaty na wiodącym uniwersytecie. Ale ja tu nie o tym, nie o tym.  

Pojawiła się w czasie ostatnim kolejna trudność dla dziennikarzy sportowych: jak pisać o sportowcach i organizatorach mieszanych sztuk walki? W środowisku tych różnych, króliczo mnożących się federacji jest pewne nasycenie elementem przestępczym czasem w połączeniu z elementem patologicznym, a czasem, że rozdzielnie, co jest nie tylko socjologicznie interesujące. Zawodników się zatrzymuje, siedzą w aresztach, odbywają kary, czasem wychodzą i walczą, aczkolwiek nie ma nigdzie zakazu i dyskryminacji, że jak ktoś nie miał konfliktu z prawem to nie może być zawodnikiem. Takiej segregacji nie ma. Ludzie niekarani mogą być sportowcami mieszanych sztuk walki, to trzeba podkreślić. Walczyć mogą także osoby niegrypsujące (nie mogę napisać „ludzie”, kto zna grypserę wie, dlaczego). Cóż, sporty walki nie przyciągają w zasadzie nieskalanych cherubinków.

Weźmy takiego Tysona. Młody bandziorek wyciągnięty z poprawczaka zostaje mistrzem świata, ikoną boksu, trafia do więzienia za gwałt i wraca na ring ku radości kibiców i świata. W zasadzie trzeba by się od gwałciciela społecznie odciąć, powiedzieć mu: Nie chcemy cię gwałcicielu oglądać na ringu, nie pozwolimy, żebyś miliony zarabiał, bo jesteś bandytą. Stało się jednak inaczej. Tyson po wyjściu zza krat walczył, zarabiał, wydawał i żył jak król, idol i zachwycał sobą. Ja tu nie niuansuję, że Tysona to na 99 proc. w gwałt wrobiła panna, która sama do niego przyszła w nocy do pokoju hotelowego, bo i część elementu przestępczego to żaden tam element, tylko ludzie pomówieni przez tzw. 60-tki czyli małych świadków koronnych, którzy gadają co tam chce prokurator, a sąd wierzy, bo w polskich sądach króluje domniemanie winy, a nie domniemanie niewinności. Domniemanie niewinności to jest na papierze, a praktyka codzienna to „winny jesteś, udowadniać można, ale bez przesady”. Jak ktoś mi nie wierzy, to niech sobie sprawę Tomka Komendy przypomni, gdzie niewinnego dzieciaka wsadzono na 18 lat za rzekomy gwałt i morderstwo, gdyż wszyscy sędziowie zajmujący się sprawą stosowali teoretycznie nieistniejące domniemanie winy. Albo niech poczyta o przeszłości Jacka Murańskiego i sam sobie odpowie na pytanie, czy go nie wrobiono w przestępstwo (podobno stara się o wznowienie swojego postępowania) . Ale ja nie o tym, nie o tym. Ja tu sobie niby trochę żartobliwie piszę, ale sprawa poważna, gdyż chodzi o moralność i zarabianie pieniędzy.

Czy moralne jest płacić za walkę pani, która zdobyła rozgłos wyłącznie uprawianiem seksu z całą orkiestrą współczesną, co sama zresztą chętnie nagłośniła, gdyż z jakiegoś powodu jest z tego dumna? Ale ludzie to oglądali i za to płacili (to znaczy walkę, nie tamto z orkiestrą). Czy więc ludzie są niemoralni czy po prostu spragnieni dziwowisk? Czy moralne jest wystawianie karła (nie wiem, czy można jeszcze pisać „karzeł”, może trzeba pisać osoba nieszokująca wzrostem) z jakimś kimś, komu ten karzeł nie dosięga do pępka i macha tymi rączkami maluszek, a ludziom się to podoba i płacą i oglądają? Czy więc ludzie są niemoralni czy po prostu przede wszystkim spragnieni dziwowisk? Może nie jest to specjalnie wyszukane, ale nawet arystokraci lubią czasem zanurzyć się na przykład w folwarcznej dziewce dla doznań i odmiany. Azaliż co więc robić, jak się zachować? Stosować „co nie jest prawem zakazane, jest dozwolone?” czy moralnością cenzurować takie widowiska? Kto ma być cenzorem i jakie będzie mieć kryteria? Ciekawe, prawda?

Andrzej Zieliński ps. „Słowik” został niby „bossem” federacji Marcina Najmana. Były szef mafii pruszkowskiej swoją twarzą miał przyciągnąć widzów i widownię. Na pewno ściągnął na siebie uwagę i na pewno ściągnął uwagę na federację Marcina Najmana. Udział samego „Słowika” w tym przedsięwzięciu to na razie tak zwane „twarzowanie”, czyli w zamyśle gangster, czy też były prawdziwy i naprawdę okrutny gangster ma reklamować dziwaczną federację, w której nie chodzi przede wszystkim o kunszt, o umiejętności, o sport i szlachetnego ducha rywalizacji, tylko o zarabianie pieniędzy, o show i widowisko, w którym często na ringu nieskładnie leją się ciałach przeróżne dziwadła ku uciesze oglądających. Sport może nie jest prawdziwy, ale pieniądze są prawdziwe jak najbardziej. Zawodnicy (napisałem „zawodnicy”?) inkasują kilkadziesiąt, a często po kilkaset tysięcy złotych za występ (taka pielęgniarka to musiałaby na to kilka lat pracować).

Lubię to! Skomentuj22 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura