Adam Ostojski i Przemysław Zadura opublikowali w „Dzienniku” artykuł, w którym postawili tezę, iż główne zagadki polskiej polityki to kierunek, w jakim zmierza Platforma Obywatelska oraz gdzie jest lewica?
Dokąd zmierza Platforma Obywatelska
Odpowiedź na te pytanie jest pewnie dużo prostsza niż się wydaje na pierwszy rzut oka – Platforma Obywatelska zmierza do nowych wyborów, po których nie będzie miała innego wyjścia jak koalicja z SLD w dotychczasowym lub poszerzonym o SDPL i UP kształcie. Być może taki rozwój sytuacji zaskakuje, ale wyniki wyborów są bezlitosne - one coraz bardziej zmieniają polskich fundamentalistów politycznych w zwolenników realpolitik czystej wody. Podręcznikowym przykładem tego zjawiska jest w Polsce PiS, który jeszcze rok temu nie wyobrażał sobie współpracy nie tylko z Samoobroną, ale też z LPR czy PSLem. Dzisiaj jednak koalicja trzech pierwszych partii jest faktem. Po prostu podziały mogą być dobre gdy jest się w opozycji, do rządzenia niezbędne jest poparcie większości.
Dlatego przy wariancie nowych wyborów, gdyby doszło do zwycięstwa PO, partia ta jest skazana na pozyskanie poparcia - w postaci paktu stabilizacyjnego lub koalicji – drugiego partnera, którym będzie mógł być jedynie SLD. Platforma ma duże doświadczenie w sprawowaniu władzy wspólnie z tą partią na szczeblu lokalnym – przez wiele lat już rządziła tak w stolicy, wspólnie decydowała o polityce miasta i o kadrach w stołecznym samorządzie. Przyszła koalicja PO-SLD może stanąć wobec dużego zagrożenia – weta prezydenta Kaczyńskiego zastosowanego wobec kluczowych dla tego rządu ustaw (może to być np. podatek liniowy). Jeżeli rząd PO-SLD nie będzie mógł przeforsować kluczowych dla siebie zmian ustaw, to w końcu znajdzie się w obecnej sytuacji rządu Kaczyńskiego, z tym zastrzeżeniem, że nie będzie miał już nikogo więcej w parlamencie do zawarcia koalicji. Co nastąpi wtedy? Kolejne wybory?
Gdzie jest lewica?
SLD szło do władzy ze społecznymi hasłami sprawiedliwości na sztandarach (ze słynnym „Tak dalej być nie może!” na czele). Jednak społeczeństwo poniewczasie zorientowało się, że były to dla SLD chyba tylko puste hasła wyborcze – Sojusz okazał się partią zachowawczo – liberalną czystej wody, nazwaną nawet malowniczo „kawiorową lewicą”.
Polska scena polityczna zadaje kłam tezie, że wspólną płaszczyzną lewicy i części liberałów jest troska o społecznie wykluczonych – mimo wieloletnich rządów SLD Polska przoduje w Europie z porażającą liczbą 15% bezrobotnych z których 90% przez lata nie miała nawet prawa do najmniejszego zasiłku. Za rządów SLD niektóre regiony w Polsce miały nawet 40% bezrobotnych, co oznaczało, że nie było tam jednej rodziny, która nie dotknięta by była tą plagą. Co więcej programy wsparcia, takie jak roboty publiczne, za tych rządów zostały zupełnie zapomniane, a bezrobotni stali się na trwałe wstydliwą częścią naszej rzeczywistości.
O ile partia lewicowa w znaczeniu podręcznikowym, byłaby w ciągłym konflikcie ze znienawidzonymi przez bezrobotnych rekinami kapitalizmu, to SLD stało się niezmordowanym orędownikiem osłabiania roli państwa w gospodarce i wyprzedaży firm państwowych kapitalistom rodzimym i zagranicznym, jakby głosząc hasło: „Kapitalista największym przyjacielem robotnika” (co jednak brzmi cokolwiek dwuznacznie w lewicowych ustach). Z czasem też, wbrew spodziewaniom wyborców, ani Sojusz ani Unia Pracy nie stali się rzecznikami „wykluczonych” – nisko opłacanych robotników, bezrobotnych czy chłopów małorolnych – ugrupowania te zamiast tego stały się żarliwymi apologetami „niewidzialnej ręki rynku” – co je bardzo zbliżyło do poglądów Platformy Obywatelskiej i guru polskiego liberalizmu - Leszka Balcerowicza.
Doszło w końcu do tego, że w Sejmie liberałowie z PO i „lewicowcy” z SLD-UP ręka w rękę uchwalali kluczowe ustawy liberalizujące gospodarkę, twardo przeciwstawiajając się zakusom nieformalnej koalicji LPR-Samoobrona-PiS - partii „prawicowych”, a jednak nieufnie ustosunkowanych do prywatyzacji i kapitału. Czym się różni „nowa” lewica od „starej”? Można posłużyć się tu przykładem niemieckiej nowej lewicy - domaga się ona wprowadzenia płacy minimalnej na poziomie 1000 euro, podniesienia podatków dla najbogatszych, skrócenia czasu pracy i podwyższenia zarobków. Partia Lewicy chce wycofania Bundeswehry z Afganistanu. Jest w Polsce partia, która ma identyczny program – jest to Samoobrona, ale do niej polska nowa lewica się nie przyznaje – może niesłusznie?
Może wszystkie lewice w Polsce programowo są „stare”, a właśnie Samoobrona jest prawdziwą partią socjalną?
Można się też zastanowić czy wyjątkowe poparcie lewicy dla feministek i aktywistów gejowskich nie jest w Polsce mitem – przecież to nie kto inny jak sam marszałek Borowski – zapewne na polecenie eseldowskiego premiera rządu, który traktował kobiety jak kwiatek do kożucha – zablokował inicjatywę senator Szyszkowskiej idącą w kierunku nadania osobom homoseksualnym szerokich praw. Emocjonalnie mówiła o tym prof. Szyszkowska w jednym z wywiadów: „Oglądam pewnego dnia telewizję i przeżywam szok: Krystian Legierski stoi u boku Marka Borowskiego, tego samego, który jako marszałek Sejmu blokował wszystkie inicjatywy na rzecz homoseksualistów! Pojechałam do Le Madame i powiedziałam, że koniec naszej przyjaźni.”
Łatwo się zgubić w meandrach neo-liberalno-socjalnych polskiej polityki – przez lata żyliśmy przecież w kurniku zarządzanym przez farbowane lisy.


Komentarze
Pokaż komentarze