Zgodnie z oczekiwaniami większości kibiców, w tym i moimi, zakończyły się wczorajsze ćwierćfinały mundialu w Brazylii. Niemcy w meczu, którym ciężko nazwać dreszczowcem, uporały się z Francją, kontrolując przez większość czasu przebieg spotkania, a i stwarzając przynajmniej dwukrotnie, stuprocentowe szanse do uzyskania bardziej okazałego zwycięstwa. W drugim spotkaniu, nieco bardziej, w mojej ocenie, wyrównanym, Brazylia, która wreszcie zaczyna się rozkręcać w tym turnieju, pokonała nie bez problemów świetny zespół kolumbijski.
Nie łatwo napisać coś nowego czy ciekawego po takich spotkaniach. Właściwie wszystko, poza kontuzją Neymara, z powodu której, zakochani w nim rodacy, będą w żałobie przynajmniej do momentu wzniesienia przez Thiago Silvę Pucharu Świata, o ile taki moment w tym roku nastąpi, było w tych ćwierćfinałach do przewidzenia (http://jerubbaal.salon24.pl/594249,w-oczekiwaniu-na-cwiercfinaly). I mimo że Neymar, to w mojej ocenie gwiazda mocno przereklamowana, to trudno im się dziwić. Napastnik Barcelony bowiem, stał się czymś w rodzaju maskotki tej drużyny. Namaszczony na lidera, króla strzelców i najlepszego gracza turnieju, przez komentatorów, jeszcze przed pierwszym gwizdkiem meczu z Chorwacją, zawodnik przez cały turniej był czymś w rodzaju talizmanu, którego obecność w kolejnych meczach, zdawała się być, w oczach wywyższających go pod niebiosa komentatorów, warunkiem koniecznym do odniesienia zwycięstwa. Niestety jednak w spotkaniu, nazywanym przez rozczarowanych układem turniejowej drabinki kibiców – przedwczesnym finałem – zabraknie zarówno młodego super-talentu - napastnika Barcelony, ale także podpory defensywy i kapitana, a przez wielu uznawanego najlepszym środkowym obrońcą globu – Thiago Silvy. Z takimi ubytkami, półfinał z Niemcami, może okazać się ostatnim występem gospodarzy w tym wielkim turnieju. I choć nie łatwo będzie typować zwycięzce tego meczu, to trzeba przyznać, że nasi zachodni sąsiedzi, są w minimalnie lepszej sytuacji. Pomijając ich nieporównywalnie mniejsze problemy kadrowe (no może poza nieobecnością Reusa, którego kontuzja wyeliminowała jeszcze przed przylotem na kontynent Amerykański), zauważyć należy, choć to może banał, że Niemcy w tym turnieju po prostu grają swoje. Kiedy muszą, to wygrywają, jak z Francją – minimalnie, lub jak z Portugalią – okazale (bo to w końcu pierwszy mecz), a kiedy nie muszą, to troszkę się lenią, co zaobserwować można było w spotkaniach z drużynami z Czarnego Lądu, w których to meczach, potrafili się zebrać do tzw kupy i ostatecznie wyjść ze spotkania obronną ręką. A półfinał z Brazylią będzie z pewnością spotkaniem, należącym do kategorii meczów, w których trudno zlekceważyć rywala, dlatego spodziewam się, że najbardziej utytułowana drużyna ze Starego Kontynentu, wzniesie się na wyżyny i jeżeli nawet nie pokona rozpędzonych Brazylijczyków, to z pewnością zapewni kibicom niezapomniane emocje. Tak więc ostrzymy sobie apetyty na ósmy dzień lipca i po dwóch dzisiejszych dość sutych przystawkach, czekamy niecierpliwie na ten przedwczesny finał.




Komentarze
Pokaż komentarze