W oczekiwaniu na półfinały Mistrzostw Świata, najbardziej zagorzali fani piłkarscy zdają się doświadczać czegoś w stylu syndromu odstawienia meczowego. Nie ukrywam, ze doświadczam tego i ja. Rozpieszczony codziennymi emocjami, nagle przychodzi zmierzyć się z szarą codziennością. W takiej sytuacji zwykły nachodzić mnie różne refleksje, lub tzw “rozkminy” na tematy okołomundialowe.
Nie jeden felietonista zachwycał się zapewne tym, jak fantastycznie ułożyła się turniejowa drabinka i jak kapitalnymi parami półfinałowymi zostaliśmy uraczeni. I przyznać trzeba, że trudno się nie zachwycać. W turnieju zostały bowiem po dwie najsilniejsze reprezentacje z dwóch najsilniejszych piłkarsko kontynentów. W obu parach los skojarzył je w taki sposób, że teoretycznie lepsze drużyny zmierzą się już dzisiaj, a słabsze jutro. Można mówić więc, że w pierwszym półfinale obejrzymy przedwczesny finał, choć tak naprawdę przekonamy się o tym dopiero po zakończeniu turnieju, po tym, której z drużyn uda zająć się pierwsze, a której drugie miejsce. Tak czy owak jedno jest pewne: mamy przed sobą fantastyczne pary półfinałowe na zakończenie fantastycznego turnieju. Niemniej już teraz rzuca mi się na myśl jedna rzecz, a mianowicie to, że mundial już się właściwie zakończył, a właściwie zakończyła się jego część, na jaką, przynajmniej ja, tak naprawdę czekałem od wiosny. Mówię tutaj o klimacie mundialu, który trwa tak długo, dopóki z turnieju nie odpadną ostanie egzotyczne drużyny z obu Ameryk, Afryki i Azji. I choć Argentyna i Brazylia, zaliczają się do tych kontynentów, to jednak są to na tyle silne reprezentacje, że większość ich zawodników gra w Europie, co sprawia, że drużyny te nie są tak egzotyczne i nieprzewidywalne, wręcz dzikie jak reprezentacje, których piłkarze nie występują na codzień na Starym Kontynencie. W mundialu najbardziej lubiłem oglądać spotkania silnych drużyn Europejskich, po których, jako kibic piłki europejskiej, wiedziałem czego się spodziewać, z drużynami z Ameryki czy z Afryki. Najciekawiej było bowiem tam, gdzie wyrafinowana, przepełniona taktyką, mądra Europejska piłka mierzyła się z wolną od tego, w dużej mierze, piłką rodem z odległych kontynentów. Ciekawy jestem, jak sytuacja musiała wyglądać kiedyś, np podczas pierwszego mundialu, gdzie Europejskie reprezentacje startujące w turnieju, musiały płynąć 2 miesiące statkiem, aby dotrzeć do odległego Urugwaju, gdzie miejsce miał pierwszy w historii mundial. W czasach, kiedy piłka nożna na obu kontynentach musiała różnić się diametralnie, gdzie Europejczycy płynący na turniej nie mieli prawa wiedzieć zbyt wiele o swoich rywalach, zetknięcie obu piłkarskich kultur musiało wyglądać na prawdę niesamowicie. Ciekawe, czy dochodziło wtedy do sprzeczek o same zasady gry w piłkę. Na pewno jednak, był to mundial pełną gębą w kontekście piękna wielokulturowości. Podobnie z resztą, jak dobiegający już do końca turniej w Brazylii, w którym nie brakowało tego co opisałem powyżej. I mimo, że teoretycznie najlepsze przed nami, to trudno się jednak domyślać, żeby któraś z drużyn, naszpikowana piłkarzami z europejskich boisk, była w stanie tak bardzo zaskoczyć kibiców. Choć mój apetyt, na mundial w pełni zaspokojony jeszcze nie został, toteż z niecierpliwością oczekuje kolejnych meczów.




Komentarze
Pokaż komentarze