fot. Piotr Łysakowski
fot. Piotr Łysakowski
Jan Filip Libicki Jan Filip Libicki
760
BLOG

Przypadek mojego wuja. Przypadek profesora Krasnodębskiego

Jan Filip Libicki Jan Filip Libicki Polityka Obserwuj notkę 27

  

Miło będzie pomyśleć, że będą tacy, którzy ten renesans przeżyją na własnej skórze. Przeżyją to, kiedy profesorska skóra będzie – w tych okropnych Niemczech rzecz jasna – całkowicie bezpieczna. Nie będzie wystawiona na może i ciekawe, ale w sumie bardzo ryzykowne eksperymenty .
 
W pokoleniu mojej babci miałem kiedyś przezacnego wuja, który niestety od kilkunastu lat nie żyje. Był człowiekiem niezwykłej wprost uczynności i dobroci, ale też – porywczego charakteru. Od II Wojny Światowej mieszkał za granicą i choć zdanie o panującym w PRL – u ustroju wydawał się mieć wyrobione, to jednak od czasu do czasu zdawał się być niezwykle podatny na pewne drobne elementy komunistycznej propagandy. Czasem przyjmował je nawet – co było dość zaskakujące – dużo łatwiej niż ci, którzy tej propagandzie byli na co dzień poddani.
 
Pamiętam, że kiedyś, jadąc przez małą miejscowość, zobaczył grupę młodych chłopaków jadących na motocyklach, co skomentował zaskakującym stwierdzeniem: „A widzisz, kiedyś to tylko panicz ze dworu miał motocykl”. Byliśmy wszyscy tym stwierdzeniem bardzo zdziwieni. Wręcz wprawiło to nas wszystkich w osłupienie. Pamiętam, że nawet ktoś – i chyba był to mój ojciec – skomentował to jako postawę charakterystyczną dla pewnej części emigracji polskiej w czasach PRL – u. Bardziej zresztą tej emigracji zarobkowej, niż politycznej. Postawę, że choć nie ma się złudzeń co do komunizmu i wybiera się życie w innym ustroju, to jednak miło sobie czasem pomyśleć, że gdzieś na świecie istniej kraj, w którym naprawdę wprowadza się w życie idee „sprawiedliwości społecznej„. Na własnej skórze lepiej tego nie doświadczać, bo to może być niebezpieczne, ale sama myśl, że ustrój prawdziwej sprawiedliwości testują gdzieś na swojej skórze inni, jest w sumie uczuciem przyjemnym. Tyle rodzinnego komentarza do wydarzenia Sprzed lat. Rodzinnej anegdotki.
 
Co to wszystko ma wspólnego z profesorem Zdzisławem Krasnodębskim? Otóż gdy przeczytałem jego ostatnią wypowiedz dla mojego ulubionego portalu, jak to rząd Tuska chodzi na rosyjskiej smyczy, to pomyślałem sobie właśnie o tej dawnej rodzinnej, historii: (http://wpolityce.pl/wydarzenia/38955-trzy-pytania-do-prof-krasnodebskiego-rzad-donalda-tuska-ma-rosyjska-smycz-na-szyi-pozostaje-pytanie-w-jaki-sposob-mu-ja-zalozono). Że chyba działa u niego ten sam, dziwny mechanizm. Że miło jest popierać PiS. Miło jest na jego rzecz agitować. Miło jest – przy pomocy pióra – czynić heroiczne wręcz wysiłki by powrócił on do władzy. I pewnie równie  miło będzie – gdyby nie daj Boże tak się stało – opiewać jego znamienite rządy, prawdziwy renesans patriotyzmu i polskości. Będzie bardzo miło, ale tak na wszelki wypadek pewnie lepiej, wygodniej i bezpieczniej jest robić to z Bremy. Miło będzie pomyśleć, że będą tacy, którzy ten renesans przeżyją na własnej skórze. Przeżyją to, kiedy profesorska skóra będzie – w tych okropnych Niemczech rzecz jasna – całkowicie bezpieczna. Nie będzie wystawiona na może i ciekawe, ale w sumie bardzo ryzykowne eksperymenty .
 
Tu polityka zaczyna swój dzień www.300polityka.pl
 
 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (27)

Inne tematy w dziale Polityka