Moralność i wolny rynek – czy chrześcijanin może popierać liberalizm?
Jednym z najbardziej upowszechnionych współcześnie mniemań jest przekonanie, że wolny, niekontrolowany rynek promuje niemoralne zachowania, takie jak: egoizm, chciwość, wyzysk, fałszerstwo czy oszustwo. Stąd wielu chrześcijan opowiada się za interwencjonizmem państwowym, czy też tak zwanym państwem opiekuńczym. Bardzo niewiele osób zdaje sobie sprawę z faktu, że to raczej owa opiekuńcza działalność państwa opiera się na działaniach z gruntu niemoralnych, podczas gdy wolny rynek – przeciwnie – promuje takie zasady jak wolność jednostki, jej niezbywalne prawo do posiadania i stanowienia o swojej własności i prześciganie się w służbie tym, którzy są odbiorcami dóbr i usług – czyli konsumentom.Oczywiście, nie podlega dyskusji, że wolny rynek nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów ludzkości (i każdy, kto twierdziłby inaczej byłby albo utopistą, albo nowym zbawicielem). Jednak wiara w to, że państwo potrafi to uczynić lepiej od nieskrępowanej gospodarki rynkowej jest nader dziecinna – wszak z faktu, że ja nie potrafię stanąć na głowie, nie wynika jeszcze, że Ty, drogi czytelniku, potrafisz. Wystarczy prosta codzienna obserwacja, żeby zauważyć, że pomimo iż państwo zabiera przeciętnemu, zatrudnionemu na umowę o pracę obywatelowi około 85% jego dochodów (ok. 30% parapodatku w postaci składki na ZUS, 18% podatku dochodowego, 22% VAT oraz podatku akcyzowego), nie spowodowało zaniku licznych dzieł charytatywnych, znaczną część usług medycznych zmuszeni jesteśmy opłacać z własnych kieszeni, większość emerytów ledwie wiąże koniec z końcem, a każdego dnia każda niemal stacja telewizyjna epatuje apelami o pomoc finansową dla różnych potrzebujących (warto przy tym zwrócić uwagę, że państwo jest na tyle wyrachowane, iż nawet dobroczynność obłożyło podatkiem – dochód z każdego sms’a zasilającego konto jakiejkolwiek fundacji jest pomniejszony o 23% haracz zwany dla niepoznaki VAT-em).
Na czym polega niemoralne działanie państwa? Już w połowie XIX w. niezwykle przenikliwy francuski myśliciel, Frederik Bastiat napisał, że „państwo, to wielka fikcja, dzięki której każdy usiłuje żyć kosztem innych”. Państwo wykorzystuje swój monopol na przemoc, by – lekceważąc VII przykazanie – ograbiać swoich obywateli z należnych im owoców ich pracy, a uzyskane w ten sposób środki częściowo „przejada” samo (koszt funkcjonowania gigantycznego, nie stroniącego od luksusów sektora budżetowego), częściowo marnotrawi (potwierdza to słynne prawo Savasa, które mówi, że usługi oferowane w sektorze publicznym są co najmniej! 40% droższe niż te same usługi oferowane w sektorze prywatnym); i dopiero z tego co zostało, część dochodu narodowego kieruje z powrotem do obywateli, świadcząc im miernej jakości usługi. Trudno jednak znaleźć uzasadnienie, dlaczego Ci, co dbają o swoje zdrowie mieliby ponosić koszty leczenia tych, którzy o nie nie dbają (alkoholicy, palacze, narkomani); ci, którzy nie mają dzieci – finansowali oświatę dla tych, którzy mają, ani dlaczego ci, co są pracowici mają utrzymywać nierobów (podobnie jak nie ma żadnego uzasadnienia, żeby cokolwiek, co stanowi własność nieroba, miało zasilić portfel osoby pracowitej). Należy przypomnieć, że dobroczynność pod przymusem, przestaje być dobroczynnością, a cele realizowane za pomocą niegodziwych środków (grabież własnych obywateli) nie mają mocy ich uświęcenia. Państwo rujnuje swoich obywateli przez chciwą politykę podatkową, inflacyjną politykę monetarną, a z przyszłych pokoleń czyni niewolników rodzących się z długiem do spłacenia przez eskalowanie długu publicznego (na koniec 2009 roku zadłużenie Skarbu Państwa wyniosło 631,5miliardów zł – w przeliczeniu na jednego mieszkańca oznacza to, że każdy obywatel (niezależnie od wieku i statusu materialnego), prócz swoich prywatnych zobowiązań finansowych, ma do spłacenia dług w wysokości 16.600 zł). Państwo zmusza przy tym obywateli do finansowania przedsięwzięć, które mogą być sprzeczne z jego sumieniem – np. finansowanie kampanii przeciwko homofobii, leków antykoncepcyjnych, zabiegów aborcyjnych, zapłodnień in vitro itp. Trzeba sobie ostatecznie uświadomić, że rząd / państwo niczego pożytecznego nie produkuje i utrzymuje się wyłącznie z tego, co zabierze swoim obywatelom. Oddając głos F. Bastiatowi, możemy podsumować tę część naszych rozważań następującą konkluzją „W rzeczywistości chodzi o to, że państwo nie jest i nie może być istotą jednoręczną. Ma dwie ręce: jedną do brania, drugą do dawania. Innymi słowy rękę surową i rękę łagodną. Działanie tej drugiej jest z konieczności podporządkowane działaniu tej pierwszej. Ściślej mówiąc, państwo może zabrać i nie oddać. Widać wyraźnie, że jego lepkie ręce zawsze zatrzymują część, a czasami całość tego, czego dotykają. Wszelako nigdy jeszcze nie widziano, i nie da się tego zobaczyć, ani nawet sobie wyobrazić, żeby państwo oddawało społeczeństwu więcej, niż mu zabrało. Dlatego doprawdy jesteśmy śmieszni, jeżeli przyjmujemy wobec niego postawę pokornych żebraków. To zupełnie niemożliwe, by jakimś przedstawicielom społeczności udało się coś uzyskać bez sprowadzenia większego nieszczęścia na całą wspólnotę.”
Tymczasem wolny, nieskrępowany rynek jest królestwem, w którym rządzi konsument – wysiłek przedsiębiorcy i pracownika w całości ukierunkowany jest na zaspokojenie konsumenckich potrzeb i oczekiwań dotyczących tak asortymentu, jak i ceny, jakości, czasu realizacji (dobrze jest przy tym uświadomić sobie, że KAŻDY jest przede wszystkim właśnie konsumentem). Ten, kto nie jest w stanie konsumentów zadowolić, kto oszukuje klientów i oferuje im kiepskiej jakości usługi, zostaje przez rynek ukarany bankructwem (chyba, że jest to przedsiębiorstwo państwowe). Dbanie o własne interesy, czy indywidualny egoizm zostaje w tym przypadku podporządkowany dobru wspólnemu, przez fakt, że osiągnięcie indywidualnych celów jest sprzężone z koniecznością dostarczenia innym jednostkom żyjącym w danej społeczności pożytecznych dla nich dóbr i usług.
Funkcjonowanie wolnego rynku oparte jest na kilku zasadach, z których żadna nie jest sprzeczna z Dekalogiem:
- prawa własności;
- dobrowolności zawierania umów;
- dotrzymywania umów i rzetelnego ich wypełnienia;
- zasady, że chcącemu nie dzieje się krzywda.
Chciałabym zwrócić uwagę na kilka, mało znanych faktów. Po pierwsze, ekonomia wolnego rynku w pełni rozwinęła się wyłącznie w kręgu judeochrześcijańskim. Oznacza to, że żydowska i chrześcijańska doktryna stanowią środowisko konieczne do upowszechnienia wolnej wymiany. Do fundamentów tej doktryny sprzyjających rozwojowi gospodarki wolnorynkowej należy przeświadczenie, że każdy człowiek jest wolny i odpowiedzialny za samego siebie i za swój los oraz – co jest bezpośrednio powiązane – uznanie świętego prawa własności, w Dekalogu obwarowanego aż dwoma przykazaniami – VII. i X. Po drugie, dobrze jest uświadomić sobie, że ojcami nauk ekonomicznych byli hiszpańscy scholastycy, teologowie, którzy obserwując niezmienne prawa natury, definiowali jako pierwsi prawa popytu i podaży, polityki monetarnej, inflacji, teorii cen, przedsiębiorczości (pojmowanej jako działanie we własnym interesie) itp. To z ich dorobku właśnie czerpali twórcy doktryny klasycznego liberalizmu tacy jak Smith, Locke, czy ekonomiści Austiraccy, jak np. Carl Menger.
Być może powodem, dla którego liberalizm jest tak źle odbierany w kręgach chrześcijańskich jest chaos pojęciowy, jaki mu towarzyszy. Niejednokrotnie słowem „liberalny” określa się relatywizm etyczny, który charakteryzuje jedną tylko ideologię – socjalizm. Nota bene, w języku amerykańskim nazwą „liberałowie” określa się właśnie socjalistów, o czym nie zawsze wiedzą niezbyt wprawni tłumacze. Wszystkim, którzy chcieliby zgłębić zagadnienie bardziej, gorąco polecam prace Thomasa Sowella „Oni wiedzą lepiej”, „Fakty i mity ekonomii”, M. Wojciechowskiego „Moralną wyższość wolnej gospodarki” czy też A. Chaufena „Wiara i wolność. Myśl ekonomiczna późnych scholastyków”.