Jorlandia
Albo znajdę drogę, albo stworzę jakąś. (Philip Sidney)
6 obserwujących
59 notek
21k odsłon
  6460   0

Łyżka dziegciu na Dzień Dziecka

Bardzo mnie smucą takie obrazki. Dlaczego ludziom przeszkadzają dzieci?

Koleżanka, która wyjechała na Zachód z Polski, z mężem i dziećmi, kupiła dom w osiedlowej zabudowie. Z okna kuchni miała widok na plac zabaw, który był 5 m dalej, ogrodzony, bezpieczny, otulony piankami, z podłogą z „czegoś tam eko”. Wysłała więc 12-letnią córkę z 3-latkiem, żeby posiedzieli - na słońcu, w piaseczku. Robiła obiad, krzątała się po kuchni, miała na nich oko z okna.

Nie minęło 10 minut, kiedy przybiegła wzburzona zagraniczna sąsiadka z wieścią, iż zaraz ktoś zadzwoni na policję. Bo dzieci same na dworze siedzą bez opieki. Moją koleżankę zatkało. Wytłumaczyła swoją strategię wychowawczą, spokojnie opowiedziała co i jak i dlaczego. Jak to w Polsce bywało za jej dzieciństwa. A było różnie i jakoś wszyscy żyją. A tu i ogrodzenie i z okna widać… i bezpieczne otoczenie, sami swoi, osiedle chronione… Sąsiadka była zdumiona, że tak można. Powiedziała, że nie można.

No nie można dziecka wypuścić na dwór bez smyczy, kagańca, kasku, świadectwa szczepień i ubezpieczenia od wypadków i czego tam jeszcze? 

I nas niestety to zaczyna dopadać. Ten horror dla wychowawczej wyobraźni ograniczonej przepisami, procedurą, groźbą nagłej i niespodziewanej śmierci (oczywiście sąsiada z powodu zawału tudzież apopleksji, którego źródłem są zachowania dzieci na podwórku).

Gorzej, gdy sąsiadki zaczynają być agresywne.

Niestety zdarzyło się to na naszym osiedlu. Kolega z balkonu zauważył, jak sąsiadki wjeżdżają na klaksonie w dzieci, roztrącając je niemal samochodem. Dobrze, że dzieci zdążyły uskoczyć, a panie - odjechać, by miał czas ochłonąć. Wściekł się, mimo że człek to spokojny. Nie mógł uwierzyć, zaakceptować obrazu takiej agresji skierowanej w dzieci bawiące się pod swoim domem pod balkonem, gdzie stał rodzic. Dzieci teraz boją się wychodzić na dwór i mówią, że sąsiadka chciała ich rozjechać. Oczywiście nikt nie uwierzy, a panie się wyprą mając swój ogląd sytuacji zza klaksonu.

Traf chciał, że były tam nie tylko jego dzieci, ale też nasze i innych naszych sąsiadów. Kolega spotkał sąsiadki tego dnia w innym miejscu i nastąpiła wymiana zdań. Nie byłam świadkiem scen, może i lepiej, ale w wyniku tej dyskusji, która podobno nie nadaje się do publikacji, kolega napisał do rodziców list, aby strzec się konsekwencji ze strony sąsiadek.

Bo się zdenerwowały, bardzo głęboko wzburzyły. Stwierdziły publicznie, że wszystkie te dzieci są z patologicznych rodzin, bo biegają same, zamiast siedzieć z rodzicami w domu, albo z rodzicami w jakimś ładnym miejscu. Albo w ogóle gdzieś, gdzie nie byłoby ich widać pod oknem sąsiadek. Wrzeszczą, biegają i krzyczą, na zmianę trzaskaniem drzwiami do piwnicy (w bloku obok). Chodzą po dachach i rozwalają śmietniki (sprawdziłam, stoi nienaruszony). I krzyczały, że kolega nie ma prawa zwracać im uwagi podniesionym tonem i grozić konsekwencjami skrzywdzenia dzieci (kolega przyznał, że chyba stracił nieco głowę w tej rozmowie i w emocjach – ojciec broniący dzieci własnych i cudzych zawsze zmienia się w szarżującego berserkera), że sobie może na swoją żonę krzyczeć. Kolega nie ma w zwyczaju dręczyć żony i dzieci, czego nie omieszkał Paniom wrzasnąć, by je przekrzyczeć. W sumie małe miał szanse sam na sam, on ojciec dzieciom - z dwiema bojowniczkami o wolność podwórka. Rozmowa ponoć sprowadziła się do poziomu inteligencji rekinów, które czując krew kąsają na oślep, byleby coś zabić. Potem się okazuje, że pogryzły same siebie.

Szkoda mi potencjału i Kolegi i Pań. A mogłoby być inaczej.

Raczej zapamiętałam te dwie damy, jako miłe i do rany przyłóż. Moje dzieci regularnie głaskają ich pieska, rozmawiają z nimi, mówią "dzień dobry". Od lat nigdy i nic nie wskazywało na rosnące frustracje. Panie nigdy nie miały mi nic do powiedzenia na temat patologicznych zachowań moich czy czyichkolwiek dzieci na podwórku. Nie sądziłam, że ludzie potrafią być tak … no nie wiem jakiego słowa użyć.

Efekt rozmowy jest taki, że teraz wszyscy czekamy na telefon od straży miejskiej, opieki społecznej, burmistrza, wizytę policji i kuratorów wszystkich opcji jakie przyjdą do głowy rodzicom, których dzieci nagle stają się wrogiem publicznym.

Nie mogę spać, więc piszę. Może ktoś usłyszy. Cóż innego można zrobić wobec złego czaru naszych czasów?

*

Co mam zrobić, jako matka wobec zachowań tego typu? Co mają zrobić ojcowie, którzy widzą takie ataki? Co trzeba zrobić, żeby dzieci mogły być dziećmi, żeby nie bały się ludzi tylko dlatego, że są dziećmi? Wielodzietność, czy w ogóle dzietność jest darem. Dzieci są wymagającym darem, bo trzeba się nimi zająć, wychować, nauczyć życia w społeczności innych. Dzieci są niezwykłym doświadczeniem dla dorosłych. Testują nasze granice i uczą jak oddawać to, czego mamy za dużo. Uczą nas też, jak ich samych oddawać światu.

Lubię to! Skomentuj174 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości