Stanisław Cat-Mackiewicz pisząc o Polsce u schyłku zaborów, wspomniał o tym, co łączyło rywalizujące ze sobą wówczas stronnictwa polityczne. W tych czasach wydawało się, że nie mogło być nic wspólnego pomiędzy stańczykami a endekami; pomiędzy redakcją „Czasu” a Dmowskim. Otóż łączył ich jednakowo pozytywny stosunek do Sienkiewicza. Nowoczesne Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne Dmowskiego z Sienkiewiczem w ręku szło do chłopskiej chaty, Sienkiewiczem otwierało serca polskich robotników na Śląsku. W tem tkwił wielki znak, że Polska narodowa kochać musi naszą szlachecką przeszłość. Sienkiewicz był prawdziwą klamrą „między staremi a nowemi laty”.
Stańczyków i endeków dzieliło niemal wszystko: ci pierwsi kłaniali się cesarzowi austriackiemu ze słowami „Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimi i stać chcemy”, wierząc, że w ten sposób uda się wywalczyć dla Polaków najwięcej swobód, ci drudzy władcę Austro-Węgier uważali za uległego wykonawcę zaleceń Berlina, a nadzieję pokładali w antyniemieckim sojuszu z Rosją. Ci pierwsi pragnęli autonomii, a w najlepszym razie stworzenia Austro-Węgier-Polski, ci drudzy chcieli niepodległej Rzeczypospolitej.
A jednak łączył ich zachwyt nad Sienkiewiczowską literaturą.
Inaczej było w przypadku Piłsudskiego, który miał za złe Sienkiewiczowi jego ostre słowa o socjalistycznych rewolucjonistach –on znalazł sobie więc innego idola, Słowackiego. Z Dmowskim Piłsudskiego nie łączyła ani literatura, ani poglądy polityczne, ale inaczej niż w przypadku stańczyków łączyło go pragnienie niepodległości, dla którego gotów był wysiąść ze słynnego czerwonego tramwaju. Takie twierdzenie to nie pustosłowie, obaj panowie dali wyraz wielkiej klasy, kiedy mimo wzajemnej niechęci zdecydowali się na współpracę w czasie konferencji paryskiej, która zdecydowała o losach Polski.
A co łączy dzisiejsze stronnictwa polityczne? Czy można powiedzieć, że istnieje pisarz, którzy łączyłby środowiska PiS-u i Platformy, Ruchu Palikota i SLD? Czy istnieje jakiś wspólny cel, o który przynajmniej dwie z wymienionych partii potrafiłyby walczyć ramię w ramię?Gdzie nasi współcześni Dmowscy, Piłsudscy i Bobrzyńscy?
Kiedy słyszę rzeczników dwóch dużych partii, z których jeden nie wie, ile czasu trwało Powstanie Warszawskie, a drugi uważa, że wybuchło ono w 1988 roku, mam wątpliwości. Dziś nawet Sienkiewicz dzieli polityków, jedni żądają usunięcia go z kanonu lektur szkolnych, inni go bronią. Swoją drogą, ciekawe ilu uczestników tego sporu przeczytało coś więcej poza kilkoma opracowaniami z bryka.
Nawet w kwestii niepodległości partie nie są zgodne – zwolennicy jednej śpiewają „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”, inni śpiewają „Pobłogosław Panie”, a czasem nie śpiewają w ogóle.
W polityce, nie tylko polskiej, zawsze było mnóstwo kłótni, obelg, oszustw i manipulacji, wystarczy przypomnieć sobie obelgi, jakimi miotali starożytni przywódcy, czy sięgnąć po protokoły z posiedzeń sejmów II RP. Ale nie zawsze politycy byli tak żałośnie nijacy, nieoczytani, kiepsko wykształceni. Kiedyś nawet zajadłych przeciwników coś łączyło, bo wszyscy byli i czuli się Polakami. Nawet kolaboranci galicyjscy. Dzisiaj politycy nadal są Polakami, ale czy wszyscy się nimi naprawdę czują? Czy potrafią powiedzieć, co to znaczy „być Polakiem”? Część z nich na pewno tak, trudno się zgodzić z obrazkiem sejmu krążącym po internecie, pod którym znajduje się komentarz, że wbrew prawidłom matematyki duża liczb zer może być groźna. Są w polityce ludzie oczytani, wykształceni,z przemyślaną wizją. Ale mają oni mniejsze znaczenie niż kiedyś.
Już słyszę głos „To sobie ponarzekałeś”. Ale tylko pozornie z narzekania nic nie wynika – myślę, że dopóki narzekamy, nie jesteśmy obojętni na to, jakich mamy polityków, dopóty jest szansa, iż wykreujemy jeszcze nowych Bobrzyńskich, Dmowskich i Piłsudskich.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)