0 obserwujących
330 notek
416k odsłon
  1703   0

Partie 2012

 
 
 
Śmieszą mnie nieporadne próby tchnięcia ducha w przetrwalnikową formację jaką jest SLD. Niedawny Zjazd i przechodzony stary-nowy lider, Leszek Miller, to jawna beznadzieja. Zwłaszcza gdy skądinąd poważny facet, było nie było, niedawny premier niemałego państwa, robi z siebie pośmiewisko jako krzykacz wiecowy na 1 maja.  Śmieszne są też próby wylansowania Ruchu Palikota na taką prawdziwą lewicę-lewicę. Przy czym obie te, pożal się Boże, lewice główne ostrze kierują przeciw sobie nawzajem, odmawiając sobie nawzajem lewicowości. Robią to po nieudanych, ze względów ambicjonalnych, próbach zespolenia wysiłków, do czego pewnie powrócą.
 
Gdyby było zapotrzebowanie na dużą partię lewicy, to by już była.
 
Istnienie silnej lewicy uważają za nieodzowne i postulują je nawet ludzie programowo od wszelkiej lewicowości dalecy. Uważają, że jeśli we wszelkich społecznościach, poczynając od ateńskiej Agory i od republikańskiego Forum Romanum, snuje się nurt egalitarny, który przy nowożytnym parlamentaryzmie określa się jako lewica, to i demokratyczna Polska nie powinna się bez niej obchodzić.
 
Przyznam, że jeszcze parę lat temu i ja tak myślałem. Ale teraz się zastanawiam; lewica, po co ? Już w roku 1968, w Danii, byłem świadkiem przegranej socjaldemokracji po wielu kadencjach rządzenia i zobaczyłem, że po dojściu do władzy prawicowej koalicji nic się praktycznie nie zmieniło. Wtedy myślałem, że to tylko taka skandynawska specyfika. Teraz staram się wyciągać wnioski z rzeczywistości takiej jaka ona jest a nie takiej jaką być powinna. Przepraszam, lecz jeszcze raz (czytelnicy łaskawie mają prawo nie pamiętać) nawiążę do spotkania z Angelą Merkel, która jeszcze nie była kanclerzem, lecz było prawie pewne, że nim (nią, proszę feministek; kanclerzą, kanclerzynią?) zostanie. Przy ówczesnych rządach socjaldemokratów – mówiła Merkel – statystyczny Niemiec z wypracowanego przez siebie euro miał na rękę pięćdziesiąt centów, a ona by chciała by miał sześćdziesiąt. A więc do takiego przesunięcia miała się sprowadzać różnica między prawicą i lewicą, której przekroczenie – wydawało się ongiś – wymagało wręcz wojny domowej.
 
Kilka lat wcześniej mawiał kanclerz Kohl, patron i mentor Angeli Merkel, że socjaldemokraci, owszem, mogą rządzić, lecz przedtem chadecy muszą na to zarobić. Ale w początku XXI wieku, to socjaldemokratyczny kanclerz Schroeder już widział, że państwo dobrobytu zaczyna trzeszczeć i stąd się wzięła jego Agenda 2010, nieśmiała próba ograniczania socjału. Powstanie rządu CDU/CSU, wpierw w koalicji z SPD, a obecnie z liberałami, nie oznaczało przewrotu, tak jak i nie będzie nim ewentualna utrata władzy przez Angelę Merkel. Podobnie nie będzie przewrotu bo Sarkozy odstępuje socjaliście Pałac Elizejski, który nie upodobni się przez to do siedziby klubu jakobinów w1793 roku ani Komuny Paryskiej w roku 1871.
 
Potrzebna jest partia – administrator
 
Gdy Merkel sposobiła się dopiero do objęcia władzy, w Polsce władza była sprawowana przez SLD, z legitymacją w postaci 40 procent głosów w wyborach 2001. Była to partia de nomine lewicowa. Lecz w porównaniu z jej sukcesem wyborczym w roku 1993, miała za sobą o wiele mniej sierot po PRL, mniej zadeklarowanych lewicowców, za to sporo ludzi, niezbyt przejętych ideologią, lecz widzących w tej partii sprawną silę polityczną, już jakoś sprawdzoną w rządzeniu. Ale kolejnym razem się nie sprawdziła. Alternatywą miała być, stojąca bardziej na prawo, koalicja PO-PIS. Ale nie wyszło. W tej chwili już mniej ważne dlaczego.
 
W roku 2007 większość głosujących uznała, a w 2011 była już przekonana, że partią może nie doskonałą, lecz optymalną, taką która potrafi znośnie rządzić i przy której daje się w miarę spokojnie żyć i pracować jest Platforma Obywatelska. Dzięki temu rządzi ona już drugą kadencję – ewenement w dziejach III RP. Krytykowali ją przed wyborami co bardziej świadomi jej zwolennicy, winiąc za brak potrzebnych krajowi reform. Ale bojąc się PIS-u i tak głosowali na Platformę. Teraz oskarżają ją o połowiczność podejmowanych reform, brak konsekwencji. Lecz kiedy tylko PO wzięła się za reformy, zapanował niepokój. Sytuacja życiowa jej zwolenników jest nadal znośna, w kraju nic niepokojącego się nie dzieje. Kryzys w basenie Morza Śródziemnego nas nie dotyczy, podobnie jak perturbacje z euro. Ale perspektywa zapaści w następnym pokoleniu, spowodowanej przez spadek urodzeń nie jest dziś odczuwana na tyle dotkliwie, by akceptować perspektywę wyrzeczeń, czy w ogóle zgadzać się na jakieś niepokojące zmiany. Notowania rządzącej partii, jej lidera i jego rządu zdecydowanie spadają.
 
Śmiem twierdzić, że aż taki spadek notowań wynika trochę ze świadomości, że do wyborów daleko. Ma to być wyraz niezadowolenia, które nie musiałoby się jednoznacznie przekładać na wynik wyborów. Gdyby odbyły się teraz, to znowu zadziałałby straszak PIS, o co zdaje się dbać jego prezes – o czym dalej – lecz również świadomość, że PO to jedyna, jak dotąd, partia, która pokazała, że lepiej – gorzej ale potrafi jakoś rządzić i że nie ma jej kto zamienić. I to chyba podstawowy mankament naszej sceny politycznej.
 
W obyczajach politycznych minionych epok bywało, że po dramatycznej walce o władzę, zwycięzca zabijał, oślepiał, kastrował, wyganiał pokonanego pretendenta. Lub więził, jak Wiktor Janukowycz Julię Tymoszenko. W demokratycznych systemach prawica i lewica, niezbyt się od siebie różniące, zamieniają się ze sobą rolami; władza – opozycja. To mieści się w podstawowych regułach gry. Te dwie podstawowe siły stanowią pospołu centrum i zarazem zapełniają większość spektrum politycznego. Kształtowanie tego systemu trwa latami. Musiało przejść kilka pokoleń zanim wielka brytyjska partia liberalna, wighs, przestała być równorzędnym kontrpartnerem torysów, ustępując miejsca Partii Pracy i stając się trzecią siłą, języczkiem u wagi.
 
Polska wprawia się w demokratyczne reguły, ale z pewnymi oporami. W roku 1926, dla zmiany władzy, potrzebny był pucz i prawie cztery setki zabitych. W III RP przegrana partia juz zostawała na arenie politycznej, lecz szybko słabła i często szybko znikała. KPN, ZChN, PC, UD/UW, AWS, duże i silne partie – efemerydy. Słabo zakorzenione, bez stałego zaplecza, ze słabymi umiejętnościami politycznymi, zyskiwały początkowo poparcie niedoświadczonych wyborców. Gdy przegrywały, ich wyborcy szybko przestawali na nie liczyć, działacze wchodzili w nowe kombinacje.
 
Szybka śmierć, lecz i powolne zejście
 
PSL to była duża, poważna siła w początkach III RP. Miała swój naturalny niejako elektorat i traciła go na skutek zmian w społeczeństwie i własnych błędów. Odwołując się jednak – raczej bezprawnie – do wielopokoleniowych tradycji prawdziwego PSL i opierając się o aparat i kręgi interesu wywodzące się jeszcze z ancien regime’u schodzi stopniowo. Potrzebna jest głównie swojemu aparatowi i kolejnym partiom rządzącym jako uzupełnienie koalicji. Oscyluje w okolicy progu wyborczego i nie widać mechanizmu, który by to odwrócił.
 
Sojusz Lewicy Demokratycznej po przegranych wyborach 1997 roku też jeszcze niewiele stracił. Zachował zwartość i siłę, pozostając w pamięci społecznej jako partia, która potrafi rządzić. W roku 2001 wrócił więc w dobrym stylu do władzy, by po czterech latach przegrać zdecydowanie. Po kilku latach trudno powiedzieć dlaczego, choć w roku 2005 wydawało się to oczywiste. Afera Rywina i parę innych wywoływały reakcję chyba przesadną w stosunku do realiów. Zresztą procesy był wytaczane i kary wymierzane jeszcze za ówczesnej kadencji. Partia dawała sygnały, że oddala się od tradycyjnej lewicowości. Leszek Miller, jeszcze jako premier, jeśli nie popierał, to dopuszczał wprowadzenie podatku liniowego. Wicepremier Jerzy Hauser w projektach reform i ostatni premier Marek Belka w działaniu byli pragmatyczni, rynkowi, dalecy od wszelkiej lewicowości. Może to właśnie nie pasowało do standardu lewicowości przypisywanego SLD… Fakt, że po wyborach 2005 roku partia zjechała gwałtownie w dół i pozostaje w dole do dziś…
 
O ile na SLD nie ma już odpowiedniego zapotrzebowania jako na skuteczną - lewicową, lewicującą ? - partię władzy, to na Ruch Palikota takiego zapotrzebowania jeszcze nie ma i nie wiadomo czy będzie. Elastyczność i szybka orientacja stawiają pana Janusza w jednym rzędzie z Kaczyńskim. Lider PIS, przypomnijmy, dzisiejszy pobożny patriota, konserwatysta pod wszystkimi względami, zakładał Porozumienie Centrum jako partię nowoczesną ”amerykańską” , czyli sprawny i mało ideowy aparat do zdobywania władzy. W roku 2005 roku, gdy zorientował się, że SLD przestaje być liczącym się przeciwnikiem, przestał zwalczać komunę i błyskawicznie podzielił Polskę na ”solidarną” i ”liberalną”, stając na czele pierwszej i plasując w tej drugiej Platformę. Trafnie. To okazało się istotną różnicą i koalicja PO-PIS stała się niemożliwa.
 
Wracając do Palikota; wykonał on w zeszłym roku podobną woltę. Bogaty przedsiębiorca i bon vivant, liberał i przejściowo wydawca konserwatywnego i prokościelnego pisma, prominentny działacz rządzącej Platformy zorganizował sobie partię libertyńską – Ruch Palikota. I odniósł natychmiastowy sukces zdobywając ze swymi 10,02 procent głosów i 40 mandatami trzecią pozycję w Sejmie. Ale to co mogło się wydawać startem do dalszego wzrostu wygląda na pułap możliwości tego rodzaju partii. Dwa – trzy procent więcej czy mniej, ale to są rozmiary społecznego zapotrzebowania na taką partię.
 
Zdecydowany antyklerykalizm, in vitro, aborcja, związki partnerskie homo i hetero, parytety – to nie dla wszystkich jeden spójny pakiet popieranych postulatów. Zwolennicy jednych bywają sceptyczni wobec innych. To może powstrzymywać przed poparciem partii lansującej to wszystko en bloc. A nawet dla daleko nie wszystkich popierających cały ten spójny blok postulatów jest on decydujący przy dokonywaniu podstawowych wyborów politycznych. Owszem to sprawy ważne, lecz ważniejsze są emerytury, ochrona zdrowia, polityka gospodarcza, praca i płaca, podatki, spokój i bezpieczeństwo, polityka zagraniczna. Te obszary są uważane za decydujące o stanie i perspektywach kraju.
 
Palikot to wie. Ale gdy próbuje przedstawić swą partię jako nie tylko obyczajową i hapenerską, lecz jako poważną siłę polityczną, wchodzi na pole, na którym dominuje Platforma. Nie może z nią skutecznie konkurować, wykazując się rozwagą, poczuciem odpowiedzialności, czyli cechami ważnymi dla jej stałego elektoratu. Lecz zauważa, że SLD zgłasza też postulaty obyczajowe, ale niejako półgębkiem, czyli da się przekrzyczeć. Ogłasza się więc ze swym ruchem lewicą i walczy z Millerem i jego SLD o dominację na lewicy. Wyprzedza go w nonsensownych hasłach, domagając się budowy państwowych fabryk przez państwo i  postulując zero bezrobocia, co razem wzięte musiałoby oznaczać powrót do gospodarki realnego socjalizmu. Albo Palikot stracił rozum, albo liczy na czyjś brak rozumu. Jego dynamizm skłania do przejścia doń niektórych SLD-owców, w poszukiwaniu szansy na sukces, lecz nie zwiększa  zapotrzebowanie na taką czy inną lewicę.
 
I jeszcze jeden element. PIS jako partia ”solidarna” przejął na siebie roszczenia oczekujących poprawy, a zarazem niechętnych, wręcz wrogich lewicowej obyczajowości. Podebrał więc dużą część klienteli nadmiernie postępowej lewicy.
 
Partia wedle potrzeb  
 
To oczywiście PIS. Prezes nie stworzył jej klienteli, ale ją trafnie wytypował, przekonał ją jakie ma odczuwać potrzeby i stworzył firmę usługową, która skupia się na ich pobudzaniu i zaspakajaniu.
 
Starsi, biedniejsi, gorzej wykształceni, prowincjonalni, z Polski B. Ja przy każdym z tych przymiotników dodaję ”raczej” , lecz to nie zmniejsza oburzenia tych PIS-owców, którzy nie są starsi, biedniejsi, gorzej wykształceni, prowincjonalni, z Polski B.  I oni wypowiadają się w imieniu PIS. Takich też zwolenników tej partii znam i takich mam wokół siebie.
 
Jednostkowe spojrzenie, obejmujące jakiś wycinek, nie musi świadczyć o całości. Tak się jednak akurat składa, że wśród tych znanych mi i bliskich pisowców i propisowców nie ma tryskających optymizmem. To ludzie ogólnie niezadowoleni, by nie powiedzieć, sfrustrowani. Przeważnie z powodu swej sytuacji osobistej. Nie tak im poszło jak tego oczekiwali, mają w sobie jakieś poczucie krzywdy, niekoniecznie zawinionej przez siebie. I, mniej czy bardziej bezpośrednio, łączy się to im z negatywną oceną rzeczywistości ogólnej, z III RP. Czy punkt siedzenia zawsze określa punkt widzenia, czy byt zawsze określa świadomość ? Niekoniecznie. W wyborach politycznych osobowość liczy się o wiele bardziej niż sądzą zwolennicy ekonomicznej i socjalnej determinacji.
 
Wśród wyborców Platformy i zwolenników III RP jakoś nie widać jej entuzjastów. Widzą oni kolosalne niedostatki, złoszczą się z ich powodu, krytykują i oskarżają tych, których sami wybierają. A jednocześnie wiedzą, że Polska nigdy w swej ponad tysiącletniej historii nie miała tak dobrego okresu jak lata po 1989 roku. Dla innych, daleko nie zawsze przegranych osobiście, ta sama Polska to - do wyboru, lub łącznie - kondominium rosyjsko-niemieckie, kolonia Brukseli, Waszyngtonu, Tel Avivu, światowego żydostwa i masonerii, owoc zmowy i zdrady okrągłostołowej, kraj bezprawnie rządzony przez zdrajców i zaprzańców, zdradzony, sprzedany, zrujnowany.
 
Znów obserwacja wycinkowa, chociaż wycinek to spory, kilkaset kilometrów przejechanych różnymi trasami po Małopolsce wschodniej,  między pierwszą i drugą turą wyborów prezydenckich dwa lata temu. Plakatów z Kaczyńskim masa, z Komorowskim nieliczne, niekiedy zdrapywane. Wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych – adekwatne.
 
A kraj ? Dobrze utrzymane i oznakowane drogi, dużo nowych, porządnych domów, wręcz willi, czyste, zadbane obejścia. W miastach i miasteczkach przyzwoite ulice, otynkowane porządnie domy, dobrze utrzymane zieleńce. Wszędzie liczne, nie biedne sklepy, domy handlowe, lokale gastronomiczne, muszą dopisywać klienci. Wszędzie dużo dobrych samochodów w dobrym stanie. Jeśli to jest ta Polska B…?
 
Objeżdżałem te okolice gdy ”Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, czyli za gierkowskiej prosperity. Nie powiem, że to był obraz ówczesnego trzeciego świata, ale nie było mowy o jakimkolwiek porównaniu z prowincją zachodniej Europy. Teraz daje się porównywać i porównanie niekoniecznie jest jednoznaczne, a już na pewno nie ma mowy o szoku. Za życia  jednego pokolenia dokonał się skok cywilizacyjny. Dominująca na tym terenie opcja polityczna nie wynika więc z jakiegokolwiek ”wykluczenia”. Prawdziwi wykluczeni nie wybierają, są poza polityką. Po prostu, na tych terenach, ze względów historycznych, dominuje pobożność wyrażająca się w tradycyjnej formie katolicyzmu oraz tradycyjna forma autentycznego patriotyzmu.
 
Obie te formy są ze sobą związane, obie są zamknięte i ludzie identyfikujący się z nimi mogą mieć poczucie krzywdy, bo Polska z jej rzeczywistością firmowana jako III RP staje się nie taka, jaką - uważają - powinna być. Mają podstawy, aby czuć zagrożenie z powodu zmian cywilizacyjnych. Te zmiany to dla nich źli ludzie, szkodliwe idee, niebezpieczne ruchy. A zagrożenie rodzi frustrację, sugeruje identyfikację z siłą polityczną, która wyraża te obawy. Takich sił było wiele w III RP, choćby Samoobrona czy LPR. Teraz jest nią Prawo i Sprawiedliwość.
 
Modus operandi
 
Już nie uważałem, że potrzebna jest w Polsce silna lewica, lecz jeszcze byłem swoistym zwolennikiem Prawa i Sprawiedliwości. Nie zgadzając się z PIS, uważałem, że jeśli wielka część społeczeństwa ma określone postawy i poglądy, to powinna istnieć partia, która je wyraża w systemie parlamentarnym. I dobrze kiedy nie jest to Samoobrona ani Liga Polskich Rodzin, lecz właśnie PIS. Tak było jeszcze dwa lata temu, do wyborów prezydenckich. Lecz po nich Kaczyński zaczął grać w inną grę, dezawuując system parlamentarny, który wcześniej zrobił go szefem rządu, a jego brata prezydentem. Platforma została bez zmiennika przy władzy.
 
Do wyborów jeszcze trzy lata i pół. Rytuał wymaga, aby powiedzieć, że może się zdarzyć coś czego dziś nie możemy przewidzieć. Lecz skoro nie możemy, to trzymamy się tego co jest i zmian, które już dziś następują.
                                                                                                                                                                                                                                                                                             
Rządząca Platforma może jeszcze coś stracić w sondażach, ale już raczej niewiele. Ona też ma swój żelazny elektorat. Za parę miesięcy będzie już po uchwaleniu reformy emerytalnej i właściwie nic się w odczuwalny sposób nie zmieni. Przeciwnicy reformy atakują ją, bo od tego są opozycją i dziś mogą wykorzystać powszechne nastawienie przeciw reformie. Ale ustawy, nawet gwałtownie oprotestowywane, w jakiś czas po wejściu w życie już nie bulwersują, Ta reforma będzie realizowana dla mężczyzn w tempie dwa lata dłużej w robocie, dodawane po kawałku przez osiem lat, do 2020 roku. Kobietom siedem lat pracy więcej będzie dochodzić przez 28 lat, do roku 2040. Ludzie się przyzwyczają, spory i kłótnie przycichną. Przeciwnicy polityczni na tej sprawie dużo już nie ugrają. Zwolennicy Tuska będą popychać go dalej, tak jak robili przed wyborami. Ale dużo więcej w tej materii raczej nie będzie się działo.
 
Reformatorzy atakują za połowiczność reformy, za ustępstwo postaci możliwości odejścia z pracy w wieku 62 lat. Ale to jest roztropne ustępstwo. Nie tylko z taktycznych powodów. Wprowadza element elastyczności, który z czasem zapewne będzie miał jeszcze większe znaczenie. Może dla chętnych zrobi się dodatkowy próg w wieku 70 lat, dziś już istniejący jako górna granica m.in. dla sędziów, adwokatów. Zwolennicy typu; tak, ale… i przeciwnicy typu; nie, ale… uważają, że reforma tak, ale z całym pakietem posunięć towarzyszących, zapobiegających itp. Jednak bardzo trudno przewidywać konkretne posunięcia na wiele lat, nie wiedząc co się będzie działo i dziś nie mając środków na nic nowego. Ważne, że robi się pierwszy, niechby niewielki, krok na długiej drodze przemian. I chyba w dobrym kierunku. A dziś, żebyśmy zdrowi byli. Tak jakoś manewrować, żeby delikatnie zmniejszać zadłużenie, ostrożnie dusić inflację i nie przeszkadzać, choćby małemu, wzrostowi gospodarczemu.
 
Być może uda się sprawniej gospodarować biedą systemu ochrony zdrowia. A bieda w nim musi być, bo nawet jeśli będzie wzrost PKB i przyrost środków na medycynę, to oczekiwania i potrzeby będą stale ponad możliwości.
 
Ruch w interesie społecznym i politycznym zapewnić może rozłożona na kilka lat deregulacja zawodów. Będzie wywoływać opory jednych, ale też zbierać poparcie innych. Jeśli się nie za wcześnie i nie za późno skończy, będzie to sukces przed wyborami
 
To w sumie trudna robota rządzenie w takich warunkach, ale może się udać i PO może stopniowo odbudowywać swoje poparcie. W roku 2015 wybory parlamentarne zbiegną się z prezydenckimi i PO ma mocny atut w postaci popularnego prezydenta. A sukces ciągnie sukces, co pokazał rok 2005. Tak więc Platforma jest nie bez szans, choć obciążeniem będzie nieuniknione zmęczenie władzą i zmęczenie władzy. Trudno znaleźć powód, dla którego rząd miałby zrobić się lepszy.
 
Nie wiemy co by było gdyby po wyborach prezydenckich 2010 roku Kaczyński kontynuował koncyliacyjną politykę, która go doprowadziła do apogeum poparcia, w postaci 47 procent głosów. Wiemy natomiast, że pozbawił się możliwości pozostania na scenie politycznej z partią, będącą poważnym konkurentem do odebrania władzy Platformie w ramach wielkiego centrum, złożonego z wielkich konkurujących partii. Takiego jak w dojrzałych demokracjach Zachodu.
 
Byłoby to dla PIS trudne zadanie, walczyć o centrum tego centrum. Trzeba by było powściągnąć w języku roszczeniowość społeczną, tym samym zostawiając nieco więcej miejsca lewicy, czyli dla SLD, lub dla czegoś w rodzaju Samoobrony. Oględniejszy musiałby być wątek bogoojczyźniany, co między PIS i ścianą zrobiłoby miejsce dla formacji radykalnych szowinistów i zagroziło utratą poparcia ks. Rydzyka oraz sporej części duchowieństwa.
 
Być może z tych powodów Kaczyński zrezygnował z walki o główna stawkę, o władzę, zostawiając tę sprawę losowi – a nuż Pan wysłucha i będzie katastrofa gospodarcza czy inna, to się spróbuje. Wybrał co wybrał, stosunkowo prosty radykalizm, zapewniający mu trwałe panowanie w jego coraz głębszych Okopach Świętej Trójcy. Dla swojej pomyślności, oprócz kryzysu, potrzebuje napięcia i poczucia zagrożenia ze strony Rosji i Niemiec, więc pracuje by to napięcie zwiększyć. A przy okazji i z Ukrainą, optując za bojkotem Euro 12 w tym kraju. To nie ważne, że szkodzi Polsce, współorganizatorowi tej imprezy, że szkodzenie Ukrainie kłóci się z ”giedrojciowymi” założeniami polityki jego brata. W ramach narodowej polityki dzieli naród, odmawiając prawa bycia narodem jego większości, która nie głosuje na PIS, nie wyznaje smoleńskiej religii.
 
Teraz już PIS narodowi szkodzi, lecz naród przetrzymywał daleko gorsze rzeczy. A pamiętam Jarosława Kaczyńskiego z sierpnia 1989 roku, gdy jako emisariusz Wałęsy, inteligentnie pracował nad powołaniem rządu z naszym premierem, z Mazowieckim. Nad wyjściem z domu niewoli, tak żeby można było wziąć się do pracy bez rozłamu w narodzie. Cokolwiek złego robi teraz nie przekreśli tej swojej zasługi, której teraz wolałby nie wspominać.
 
 
Lubię to! Skomentuj39 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale