0 obserwujących
330 notek
416k odsłon
  1825   0

Gaude mater Polonia …

 
 
…i ty się raduj szczęśliwy narodzie, bo jeszcze Polska nie zginęła i prędko nie zginie, jeśli nasza największa klęska to przemoczony stadion i mecz przeniesiony na dzień następny. I jeśli głos w tej właśnie sprawie publicznie zabiera szef rządu sporego państwa w Europie.
Lecz by się nam od tej radości w głowach nie poprzewracało to teraz będą cyfry – przepraszam – żeby państwo widzieli, że się przykładam. Można się, zresztą, nie wgłębiać. Wystarczą wnioski.
 
PO
PIS
SLD
PSL
RP
SP
38
42
6
5
4
3
27
30
12
5
6
-
28
24
8
5
5
3
27
28
10
5
7
-
35
40
13
2
7
1
37
36
12
4
7
2
35
40
13
2
7
1
34 ?
32 ?
12 ?
5 ?
7 ?
2 ?
 
To są wyniki sondaży poparcia zaledwie z kilku dni po rząd. Różne sondażownie, różne metody, zmienne nastroje. Te dwa podkreślone sondaże zostały zrobiony już po expose Tuska. Ten na samym dole, kursywą, nie został zrobiony, lecz wymyślony przeze mnie jako prawdopodobny – powtarzam; prawdopodobny – wynik wyborów gdyby się niewiele w Polsce zmieniło w ciągu trzech następnych lat. Odpowiedzialności zań, oczywiście, nie borę. Zauważę jedynie, że od wyborów 2007 roku, czyli od zakończenia eksperymentu z IV RP, nie ma w Polsce zmian radykalnych, a procesy są raczej powolne. Na tym bazuję.
 
W sferze społecznej i politycznej następuje proces powolnej erozji poparcia dla premiera, jego rządu i jego partii. Powolnej, jak na kraj, w którym wcześniej nikt nie wygrywał wyborów dwa razy pod rząd, a rządzący przegrywali z przytupem. Śmiem twierdzić, że jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, a dotyczy to wszystkiego co się pisze i mówi o niedalekiej nawet przyszłości, to w sondażach może nadal następować spadek poparcia rządzącego układu, lecz kiedy dojdzie do wyborów i przyjdzie do liczenia faktycznie oddanych nań głosów, to może nie być ich mniej niż 30 procent, a najpewniej kilka procent powyżej. Ale głowy za to nie daję. O wątpliwościach dalej.
 
I dodaję; to co lubimy nie zawsze jest tym co wybieramy. Lubimy, powiedzmy, jasne, pastelowe kolory i to deklarujemy, a kupujemy rzeczy w ciemnych kolorach, bo ”się nie brudzą”. Otóż sondaże, zwłaszcza na długo przed wyborami mogą w większym stopniu opisywać nasze oceny niż nasze późniejsze decyzje.
 
Jeśli chodzi o PIS, to już od z górą dwóch lat, powtarzam, że apogeum poparcia dlań to było 47 procent głosów na prezesa w wyborach prezydenckich w 2010 roku. Teraz, październikowy wzrost poparcia to wynik niedawnych skutecznych pociągnięć propagandowych – dyskusja ekonomistów - i kolejnej zagrywki szefa w roli spokojnego i rzeczowego polityka. Od opozycji oczekuje się tylko zapowiedzi, a od rządu już tylko dokonań. Zapowiada się łatwiej. Pragmatyczni wyborcy zobaczyli, że Kaczyński to nie tylko ”Smoleńsk”, co dodało mu parę procent.
 
Tzw. żelazny elektorat PIS to do 25 procent wyborców. Kim są ci ludzie pisaliśmy wielokrotnie, więc tym razem możemy sobie odpuścić. A ponieważ jest to trwała baza społeczna, to poniżej tego poziomu poparcia partia ta raczej nie zejdzie. Jeśli jednak przed wyborami wyjdzie jej kolejna akcja propagandowa, to te 30 i coś tam procent może osiągnąć.
 
Trzecia siła to już raczej na pewno SLD. Zakładam, że PSL jeszcze tym razem prześlizgnie się nad poprzeczką, choć nie dałbym za to głowy. I nie będę rozpaczał, jeśli w kolejnej kadencji już tej partii nie będzie. Ruch Palikota nie zrobi już większej kariery. O awansie Solidarnej Polski można by mówić gdyby w Prawie i Sprawiedliwości miała nastąpić katastrofa, na co się raczej nie zanosi.
 
No to jeszcze parę cyferek.
 
Tylko 26 procent ankietowanych chce by Tusk pozostawał premierem, a 44 procent wolałoby innego. Kogo ? Wiadomo kogo nie. 68 procent (43 proc. – zdecydowanie i 25 proc. raczej) nie chce by był nim Kaczyński. Chce go na tym stanowisku tylko 29 procent (12 proc. zdecydowanie i 17 proc. raczej) I nie chodzi tu tylko o niechęć do prezesa. 56 procent nie chce powrotu IV RP, a życzy go sobie 24 procent. W ten sposób wymacujemy ów żelazny elektorat PIS, który chce recydywy lat 2005 - 2007. Z kolei 34 procent badanych boi się powrotu IV RP, a więc na pewno jej nie chce, a nie boi się 55 procent, w czym mieszczą się ci którzy jej nie chcą, lecz się nie boją jej powrotu oraz te 24 procent jej zwolenników.
 
Plusy dodatnie i plusy ujemne
 
- Ani się obejrzymy gdy się okaże, że jest już jesień 2015 roku. Nie wiemy jakie się pojawią problemy do tego czasu, lecz możemy się zastanowić co będzie się działo z tymi, które nas dzisiaj zajmują. Afera Amber Gold przejdzie już do historii, jak przeszły afery hazardowa oraz taśmowa. Może wypłynie kolejna z podobnym skutkiem. Jeśli na krótko przed wyborami to może Platformie zaszkodzić.
 
- Walka o przywrócenie wcześniejszego – 60 i 65 lat -wieku emerytalnego już się nie będzie nadawała na przedmiot rozgrywki. Rozłożenie w czasie jej wchodzenia w życie sprawia, że z roku na rok w niczyim życiu nie następują żadne dramatyczne zmiany, mogące być bodźcem do wystąpień. Większych reform, które by dotykały wszystkich rząd raczej nie przewiduje. Deregulacja, która jeszcze nie zaczęła wchodzić w życie, będzie w różnym czasie obejmować kolejne grupy zawodowe, wywołując ich opór, a większość społeczeństwa albo ją umiarkowanie popiera, albo pozostaje obojętna.
 
- Wybory parlamentarne i prezydenckie będą zapewne połączone, a prezydent z poparciem ponad dwóch trzecich społeczeństwa, jest mocnym atutem Platformy i ją podciągnie w wyborach. Trudno sobie wyobrazić aż taką głupotę jak próbę wystawienia przez PO kogoś innego, choćby Tuska, na jego miejsce.
 
- Widomym efektem sukcesów i porażek kolejnych rządów są drogi. Teoretycznie nic nie przeszkadza, żeby usprawnić ustawowo system zamówień publicznych, okiełznać choć trochę ekoterrorystów, lecz coś się musi kryć za niemożnością przezwyciężenia tego problemu przez kolejne rządy. Mimo to za trzy lata dróg ekspresowych i autostrad będzie na pewno więcej niż dziś. A-2 z Warszawy na zachód już funkcjonuje. Na pewno połączy się z nią w Strykowie koło Łodzi A – 1 z Trójmiasta. Nawet przy kulawym budownictwie drogowym są szanse, że uda się tę A – 1 dociągnąć, bez luk, do południowej granicy, zaś A – 4 do wschodniej. Gdy jako nowa jakość będzie funkcjonować ten schemat, nie będzie zbyt skuteczne propagandowo wypominanie opóźnień, bankructw  i innych skandali jakie towarzyszyły budowie.
 
- Od katastrofy smoleńskiej będzie nas dzieliło 5 lat. Pozostanie ona trwałym elementem wyznania wiary PIS i pisowskiego elektoratu, lecz siła jej oddziaływania na społeczeństwo będzie już wówczas znikoma. Zresztą sam Kaczyński już to wyczuwa i stara się dozować korzystanie tego tematu. Nie powinien to być liczący się element gry wyborczej w roku 2015.
 
- Służba zdrowia będzie jak dziś bardzo ujemnym plusem, nie bacząc na wszelkie reorganizacje. Mogą one nieco usprawnić jej funkcjonowanie, lecz nie przezwyciężą podstawowej słabości - biedy. Wydatki zdrowotne na mieszkańca mamy takie jak kraje Europy Zachodniej 40 – 50 lat temu, kiedy znajdowały się one na naszym obecnym poziomie zamożności. Wtedy to jednak z grubsza starczało, a od tego czasu techniki medyczne się niesłychanie unowocześniły i odpowiednio podrożały. Nie wiadomo kiedy – i czy w ogóle – temu sprostamy. A jeśli chodzi o wspomnianą wyżej, nieustającą reorganizację, to idzie ona opornie ze względu na interesy personelu medycznego, który czuje się zagrożony, a dysponuje mocnym narzędziem nacisku. Minister Gowin to wie i obchodzi je z daleka ze swą deregulacją.
 
- Drugie zagrożone środowisko to nauczyciele z rodzinami, licząca się część wyborców. W dłuższej perspektywie zagraża im przede wszystkim ”demografia”, lecz wygodniej jest stawiać opór polityce oświatowej rządu niż mozolnie ustalać warunki z samorządami, od których bezpośrednio zależą szkoły i ich personel.
 
- Prokreacyjne posunięcia zapowiedziane w powtórnym expose premiera nie odwrócą powszechnego trendu cywilizacyjnego, jakim jest spadek urodzeń. Sytuację mogą poprawić raczej w niewielkim stopniu, lecz mogą liczyć na zrozumienie i poparcie społeczeństwa.
 
- Słabym punktem rządu jest on sam. Żaden rząd nie sprawi, by wszystko było ”jak trzeba”, nawet gdyby się składał z samych geniuszy. A ten się nie składa. Wymiana części ministrów może usprawnić funkcjonowanie rządu i poprawić jego opinię. To jednak Tusk zaplanował na lato, rozkładając w czasie efekty propagandowe.
 
- Prawie na pewno nie ulegnie zauważalnemu zmniejszeniu i usprawnieniu aparat urzędniczy rządu, samorządów i publicznego sektora w gospodarce. To przerasta możliwości wszystkich rządów, wymaga wszechstronnego przemodelowania systemu rządzenia i stosunków społecznych. A na to się nie zanosi, choćby dlatego, że ów docelowy model nie istnieje, a za obecnym stoi zbyt wiele partykularnych interesów. Zdecydowane zmiany naruszałyby ich system, wymagałyby nieomal rewolucji. W demokracji bywa ona możliwa w warunkach totalnego kryzysu, autentycznej katastrofy – vide New Deal prezydenta Roosevelta w 1933 roku – na co się wszakże ku zmartwieniu PIS nie zanosi.
 
- Podobnie wygląda sytuacja licznych aparatów ścigania i struktur wymiaru sprawiedliwości; sadów, prokuratury, więziennictwa. Zmienić da się tutaj niewiele, choć usprawnienie sądownictwa przełożyłoby się na usprawnienie gospodarki. Wszakże większość ludzi zwraca uwagę na ten konglomerat dopiero wówczas gdy ma z nim osobiste problemy. Jest to mało nośny temat społecznie. Aprobatę zyska zapewne zapowiedź dofinansowania i doposażenia policji.
 
- Trudny gospodarczo ma być rok 2013. Przednówek przed nowymi funduszami z UE, w wysokości 300 miliardów złotych, o które jeszcze walczymy w Brukseli. Może być tego mniej, a i tak zaczną funkcjonować te pieniądze w środku 2014 roku. Jest już ponoć gotowy, jak powiedział w TV minister Rostowski, publiczny program inwestycyjny na okres przejściowy. Powstaje dlań skomplikowana, finansowo i organizacyjnie, struktura Inwestycje Polskie. Ma to być manewr, który by – w sensie sprawozdawczym – nie obciążał budżetu państwa. Zwolennicy gospodarki liberalnej już to krytykują i słusznie. Będzie to bowiem twór biurokratyczny, obsadzany, jak zawsze, z politycznego klucza, ważniejszego od kwalifikacji i podatny na polityczne wpływy. Z tych powodów i niejako z definicji będzie to inwestowanie mniej efektywne niż gdyby było podjęte przez kapitał prywatny. Ale będzie i może być wdrożone szybko, poprawiając umiarkowaną sumą 40 miliardów złotych, ogólną sytuację gospodarcza. I ocenę polityki rządu. Kapitał prywatny i tak inwestuje na skalę kilkakrotnie większą, a jego zwiększony przypływ byłby związany z poprawą warunków inwestowania, podlegających ocenie w ramach programu doing business, w czym wyglądamy słabo, choć nieco lepiej niż przed rokiem. Perspektywy poprawy wyglądają tu równie słabo – patrz dwa punkty poprzednie.
 
- Plusem, bez wątpienia dodatnim, jest plan wspierania małych i średnich przedsiębiorstw, przez gwarantowanie im kredytów w wysokości do trzech i pół miliona złotych. Jeszcze większym plusem jest dla nich przejście na ściąganie VAT od faktycznie otrzymanych pieniędzy, a nie na podstawie wystawianych faktur. Te firmy, zatrudniające w sumie najwięcej ludzi, są najbardziej zagrożone upadkiem przez brak płynności finansowej, zmorę naszej gospodarki.
 
- Gospodarce, a więc i stanowi zatrudnienia, pomoże, czy raczej uchroni od pogorszenia, odstąpienie od pomysłu obłożenia opłatą na ZUS umów „śmieciowych”. Opinii rządu to jednak zaszkodzi, do czego przyczynia się zacięta kampania związków zawodowych przeciw takim umowom. Przez jeszcze bardziej zaciętą ich kampanię nie uda się powstrzymać systematycznego podnoszenia płacy minimalnej, które ogranicza zatrudnianie i aktywność gospodarczą poza szara strefą.
 
- Kryzys, nawet przewlekły, kiedyś się przecież kończy. Niezależnie od strukturalnych problemów dotyczących całej Unii Europejskiej, bieżąca koniunktura w poszczególnych krajach jest różna i zmienna. Polska na tle Europy wypada dobrze, co jest zasługa rządu o tyle, że jej nie psuje. Jeśli się sprawdzi prognoza ministra Rostowskiego – i nie tylko - że w roku 2014 będzie już następować poprawa, to przed wyborami sytuacja gospodarcza nie powinna mieć większego wpływu na ich przebieg i wynik. A jeśli tak nie będzie, to też może nie występować bezpośrednia zależność preferencji wyborczych od aktualnego stanu gospodarki.
 
Nie tylko gospodarka, durniu !
 
SLD przegrywał i tracił władzę dwukrotnie; w roku 1997 i 2005. Za każdym razem przy bardzo dobrej koniunkturze. Dobra koniunktura była też w roku 2007, kiedy przegrywał PIS. To w realnym socjalizmie można było odnieść wrażenie, że oziminy nie wzejdą i krowy się nie ocielą, jeśli nie odbędzie się plenum KC w sprawie rolnictwa. I dziś jeszcze są ludzie, którzy przeceniają wpływ władzy na gospodarkę, obarczając ją odpowiedzialnością za swój los. Ale korpus zdecydowanych wyborców Platformy – termin ”żelazny” akurat do tego elektoratu nie pasuje – składa się z ludzi zadomowionych już w gospodarce rynkowej, którzy nie potrzebują władzy, by rano wiedzieć co mają robić do wieczora.
 
Oni wiedzą, że aby zarobić trzeba  taniej kupić i drożej sprzedać. Wiedzą, że pieniądz może nie daje szczęścia, ale daje odsetki, ale też te odsetki trzeba dołożyć do kredytu, gdy się go bierze. Wiedzą, że rząd ma i daje - jeśli daje - tylko to co weźmie od obywateli. Wiedzą, że więcej bierze niż daje, ale gdy nie przeszkadza nadmiernie w interesach i w życiu w ogóle, to już jest nieźle. Wiedzą też, że sytuacja gospodarcza za trzy lata jest trudna do przewidzenia, przy rozchwianej gospodarce europejskiej i nie rząd jest tutaj siłą sprawczą.
 
Tacy wyborcy głosują nie tylko na podstawie tego jak im jest i jak jest w ogóle, lecz głosują na ekipę, która ich zdaniem radzi sobie z tym co jest i z tym co może się zdarzyć. Mogą uważać, że ekipa Tuska jest dobra, albo nie bardzo. Ale nie widzą lepszej i nie zanosi się, aby w ciągu najbliższych trzech lat ją zobaczyli. Zatem jeśli już czeka nas trudny okres, to tym bardziej – sądzą - nie ma co rezygnować z ekipy, która już jakoś działa i przekazywać chwiejny biznes w niepewne ręce. Czyli strach przed Kaczyńskim i IV RP, owszem działa , ale nie tylko on – patrz wyżej. Istotna jest również kalkulacja na zasadzie; jak się nie ma co się lubi…Oczywiście są i tacy co lubią akurat Tuska z Platformą, ale ich właśnie robi się mniej, jako że uczucia bywają zmienne. I w kalkulującej, dojrzałej demokracji politycy nie oczekują miłości, lecz głosów.
 
Problem Platformy i Tuska polega na tym, że tych racjonalnych zwolenników, z ograniczonym oczekiwaniami; ”ciepła woda”, stabilizacja, zmiany tak, ale sukcesywne, już nie starcza, by mu zapewnić przewagę w sondażach. Jak się rzekło, nie przesądza to wyników wyborów za trzy lata, ale jest niepokojącym symptomem. Przestają go – przynajmniej na bieżąco - dobrze oceniać ci, którzy oczekują czegoś więcej. Czego ?
 
W porównaniu z tym co Polska wraz z Europą i światem przeszła w - ”krótkim”; 1914 – 1989 – wieku XX, możemy chyba zaryzykować twierdzenie, że wchodzimy w okres, który wybitny francuski historyk Braudel określał jako długie trwanie. Nie jest to zastój, historia nie stoi w miejscu, wykonywana jest praca, zachodzą zmiany cząstkowe, ale i bardzo istotne. Przy czym każdy wie, że w Polsce jest wiele do zrobienia i wielu chciałoby, aby robić to szybko i zdecydowanie. Szybciej i bardziej radykalnie, czyli nie tak jak dotychczas. Ale obecnie realne wyzwania i zagrożenia nie poddają się hasłom, demonstracyjnym gestom, gwałtownym posunięciom. Wymagają roztropności i cierpliwości, mozolnej pracy, rzeczowego i spokojnego ucierania opinii i zawierania kompromisów w swoim kraju oraz skutecznego negocjowania na zewnątrz. W początkującej wciąż demokracji słaba to pożywka dla szeroko rozumianej klasy politycznej.
 
Składają się na nią nie tylko politycy sensu stricte, lecz także otoczka polityki złożona z publicystów, politologów, prawników, ekonomistów, socjologów, ludzi kultury, czy zgoła celebrytów, zaznaczających swoja obecność w sprawach publicznych. Dla nich wszystkich, z wyłączeniem aktualnie – chwilo trwaj ! - sprawujących władzę, dzieje się za mało kiedy nie ma wstrząsów, dramatycznych wyzwań wymagających zdecydowanych reakcji. Stąd spora doza histerii, czyli przesadnej reakcji na realne skądinąd problemy, wyolbrzymianie zagrożeń wewnętrznych i zewnętrznych, co głoszącym służy dla podbudowania samopoczucia i lansowania się liderów na charyzmatycznych mężów stanu – potencjalnych zbawicieli.
 
Celuje w tej histerii PIS wraz otoczką. Ojczyzna  ginie, wszyscy przeciwko nam, nieprzyjaciel w granicach, obudź się Polsko ! Brakuje już tylko sugerowanego przez Jarosława Rymkiewicza; do broni obywatele ! Kto nie z nami ten nie jest naszym politycznym oponentem, lecz zdrajcą. Ten ton, tylko chwilowo przyciszany w doraźnych celach propagandowych, służy blokowaniu dyskusji, unikaniu szansy na kompromis, przedstawianiu konfrontacji jako jedynie możliwego wyjścia. Nie brakuje też – trzeba przyznać – elementów histerii po drugiej stronie. Pisałem był, że bazowanie oceny III RP w roku 2012 na podstawie analogii z Republiką Weimarską przed rokiem 1933 nie oddaje realnej sytuacji. Wyzywanie od oszołomów, szafowanie faszyzmem, to wszystko też nie sprzyja nawiązywaniu dialogu, służy utrzymaniu ostrości podziałów.
 
Trzeba przyznać, że tego tonu zdecydowanie unika Tusk. I mija się w ten sposób zarówno z PIS jak i z coraz większym gronem swoich dotychczasowych zwolenników, których razi minimalizm premiera, jego odżegnywanie się od wizji, porywających perspektyw.
 
Jedni z nich bronią obskubywane OFE, inni domagają się ich likwidacji. Uniwersalne sztandarowe hasło to reforma finansów publicznych, budżetu państwa. Nie widać jednak projektów pokazujących co konkretnie należało zamienić na co, żeby zmniejszyć, a w przyszłości zlikwidować deficyt, żeby było na zaspokojeni zgłaszanych potrzeb, żeby nie podnosić podatków i żeby wszystkim było lepiej. Konkretne szczegółowe posunięcia usprawniające system finansowy są poza możliwością zrozumienia przez większość polityków i mało nośne w polityce. Więc łatwo powiedzieć, że Tusk i Rostowski nic nie robią w tej arcyważnej sprawie, a trudno stwierdzić czy robią cokolwiek i co.
 
Dla odmiany, wiele żądań koncentruje się prostej i łatwej do przedstawienia i chwytliwej koncepcji JOW, czyli jednomandatowych okręgów wyborczych mających być panaceum na wszystkie nieszczęścia w polityce. Być może jest to lepsze rozwiązanie od obecnego stanu, ale pociąga za sobą dodatkowe komplikacje, wymaga spokojnych studiów, a jako hasło pełni rolę kija bejsbolowego w polityce.
 
Wyraźny jest front obyczajowy w polityce. In vitro, aborcja, antykoncepcja, związki partnerskie, edukacja seksualna, kwoty i parytety, adopcja. Jedni są za, inni – przeciw. W tej sferze obyczajowej siły nie są rozłożone po równo. Zespół poglądów i postaw konserwatywnych ma za sobą Kościół, pokrywa się z Prawem i Sprawiedliwością i z prawicowym planktonem. Występuje także w PO i w PSL, gdzie musi się korelować z ogólną polityką partyjną i koalicyjną. Nurt określający się jako postępowy występuje w czystej postaci w Ruchu Palikota, ale też mieści się w szerszym zestawie haseł SLD, występuje w Platformie Obywatelskiej i w jej elektoracie i przejawia się luzem w różnych strukturach.
 
Ręce na pokład ! Czyje ?
 
W polityce nie ma nieważnych spraw. Są tylko ważne i ważniejsze. Przy czym nie wszyscy mają taką samą skalę ważności. Ranking ważności klasy politycznej, elit, niekoniecznie odpowiada randze ważności większościowego wyborcy. Aborcja czy in vitro stają się dlań ważne gdy bezpośrednio dotyczy jego czy jego rodziny, podczas gdy dla przedstawicieli elity mieści się w dość jednolitym kompleksie postulatów składających się na ich całościowy światopogląd. Takich dla których jest on ważniejszy niż wszystko inne jest w społeczeństwie akurat tyle ile wynosi elektorat Ruchu Palikota. Tematy, które angażują szeroką opinię publiczną i pociągają za sobą podstawowe masy wyborców to zatrudnienie vs. bezrobocie, emerytury i inne świadczenia socjalne, ochrona zdrowia, budownictwo, oświata, bezpieczeństwo wewnętrzne, a w na dalszym planie zewnętrzne i w ogóle polityka zagraniczna.
 
Wszyscy wołają o programy, które prawdopodobnie więcej ludzi układa niż czyta. Programy są na ogół zachęcające. Przy czym im bardziej zachęcające tym mniej realne. Wyborcy się w dużym stopniu orientują na osoby, które maja być wybierane. Stąd m.in. poparcie dla kręgów jednomandatowych i przypisywanie większego znaczenia wyborom prezydenckim niż parlamentarnym, wyłaniającym premiera, mającego o wiele większą władzę faktyczną. W USA, chyba w związku z kandydaturą Nixona w roku 1960, sformułowano kryterium; czy jest to facet, od którego kupiłbyś używany samochód ? I w tej konkurencji, podobnie jak było w latach 2007 i 2011 Donald Tusk, będzie się musiał zmierzyć z Jarosławem Kaczyńskim, którego aktualnie na czele rządu chce widzieć o trzy procent więcej ankietowanych.
 
Jest wszakże decydujący czynnik jeszcze ważniejszy od całościowego wizerunku kandydata. W roku 1995 najpopularniejszym politykiem był Jacek Kuroń, ponad dwie trzecie popierających, a uzyskał dziesięć procent głosów w wyborach prezydenckich. Ceniono go i lubiano, lecz dżinsowy brat-łata nie pasował ludziom do roli głowy państwa. A gdy się sfotografował w eleganckim i świetnie leżącym garniturze odebrano, że to dla hecy.
 
W przypadku głosowania na partie aideologiczni wyborcy – a tacy przeważają w elektoracie PO - mniej się interesują ich programami, bardziej osobami liderów, a jeszcze bardziej oceną zdolności partii do sprawowania władzy. Tu jak w przetargu na zamówienie publiczne, liczy się potencjał, doświadczenie, pozyskiwanie kooperantów i podwykonawców. Czyli możliwości koalicyjne kiedy jest pewne, że żadna partia nie zdobędzie większości pozwalającej na bezpieczne samodzielne rządzenie.
 
I znowu parę cyferek.
 
Ewentualna koalicja PIS – PSL ma za sobą 22 procent poparcia potencjalnych wyborców. Potem idzie z 14 procentami koalicja PO – SLD, zaraz za nią replika obecnej koalicji, czyli PO – PSL z 13 procentami. Natomiast PO – SLD – RP osiągnęło by 9 procent poparcia, a 8 procent ma koalicja PO –RP.
 
Największą niewiadomą w świetle tych badań jest to czy PSL utrzyma się w parlamencie. Jeśli go tam nie będzie, to PIS może zdobyć nawet nieco więcej głosów i mandatów niż PO, ale rządzić nie będzie, bo nie znajdzie koalicjanta. Ale przyjmijmy roboczą hipotezę, że PSL się raz jeszcze – ostatni ? – przeciśnie. Jest to partia obrotowa, może być kłopotliwym koalicjantem każdej partii byle mieć swój kawałek władzy. Wszakże, pomna co spotkało w koalicji z PIS Samoobronę i LPR, wejdzie w taką koalicję tylko wówczas jeśli jej Platforma nie zechce, mając do wyboru SLD. Platforma zresztą może wchodzić w koalicję z każda partią oddzielnie, w dowolnym układzie i ze wszystkim razem. Oczywiście, poza Prawem i Sprawiedliwością z Kaczyńskim.
 
W ten sposób rysuje się możliwość, możliwość – nie pewność, trzeciej kadencji Platformy z Tuskiem, co już chyba w nikim nie wzbudzi entuzjazmu, jako że partie władzy psują się kiedy ją zbyt długo piastują i kiedy zbyt długo są w opozycji. Co akurat nie dotyczy Prawa i Sprawiedliwości, partii ideowej w swej masie. Idee lepiej wytrzymują czas niż próby ich stosowania.
 
Nie tak dawno pisałem, że gdyby istniało poważne społeczne zapotrzebowanie na poważną i silną partię lewicową, to ona by już była i działała. Wcześnie, parę lat temu myślałem i pisałem, że taką nowoczesną lewicą, w rodzaju Labour Party, niemieckich socjaldemokratów, francuskich socjalistów staje się nasza SLD. Nie wyszło. Partia poszła w rozsypkę. Po wyborach prezydenckich w 2010 roku wydawało się, że wystartowała do takiej roli ale wciąż drepcze w miejscu. Jeśli jednak w naszej demokracji, upodabniającej się do europejskich standardów jest zapotrzebowanie na drugą poważną siłę, zdolną do przejmowania i sprawowania władzy, to raczej będzie to SLD niż ktokolwiek inny. Zwłaszcza niż jakiś nowy, tylko co wymyślony byt.
 
Ruch Palikota ? Musiałby się wyplątać z opinii partii libertyńskiej i ekscentrycznej, zdobyć wiarygodność, pracując w głównym nurcie polityki nad głównymi problemami kraju. Trudne to by było i ryzykowne, bo można nie osiągnąć tego celu tracąc swoją obecną niszę.
A SLD i tak jest już postrzegana jako partia nie tyle władzy ile aspirująca do władzy. Lewicowości już teraz jest w niej akurat tyle, by różnić się cokolwiek od Platformy, ongiś partii liberalnej.
 
Wchodząc do ewentualnej koalicji z Platformą i biorąc na siebie część władzy, SLD może sobie przypomnieć jak się rządziło i uwiarygodnić się u części wyborców jako ewentualny zmiennik PO u władzy. Ale to chyba już w okolicy roku 2019, a czy się na to zanosi można będzie powiedzieć w okolicach najbliższych wyborów. Jeszcze tylko trzy lata…
 
 
 
 
 
 
 
 
Lubię to! Skomentuj27 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale