W mediach głośny stał się ostatnio konflikt wokół nieobecności Sikorskiego w pałacu o wyznaczonej przez Kaczyńskiego porze. Ku mojemu zdziwieniu nikt nie zadaje pewnych pytań.
U nas kwestia terminu spotkania urosła do rangi sprawy państwowej. Dlaczego? Nie dlatego, że naprawdę jest taka ważna, tylko dlatego, że w oczach wielu ludzi określa "kolejność dziobania".
Dlaczego Kaczyński wysłał Sikorskiemu wezwanie na konkretny termin, zamiast uzgodnić termin spotkania? Takie "zaproszenia" wysyła się na ślub lub pogrzeb, ale nie na rozmowę. Przecież minister spraw zagranicznych to wysokie stanowisko, ma on swoje ważne obowiązki, a co równie ważne, nie jest podwładnym prezydenta.
Jest przedstawicielem innego ośrodka władzy! Gdyby prezydent USA chciał się spotkać z jakimś senatorem, to ten natychmiast poleciałby na spotkanie bez względu na własne plany i zamiary? Gdyby miał interes to by poszedł, ale gdyby miał interes w tym by nie iść, to by odmówił. Z całym szacunkiem rzecz jasna.
Dlaczego do dzisiaj nie wiemy po co prezydent wzywał ministra? Czy była to jakaś ważna i pilna sprawa? Pewnie nie, skoro dzisiaj dyskutuje się o duperelach zamiast o przedmiocie niedoszłego spotkania.
Konflikt ten pokazuje, że Polacy zbyt dużą wagę przywiązują do pozorów, tytułów i rytuałów, a zbyt małą do realnych działań i ich skutków. Widać to także w polskiej debacie publicznej.
Przykładem może być przywiązywanie ogromnej wagi do stanowiska Prezydenta, który ma przecież znikomą władzę. No tak ale jest on głową państwa, reprezentuje itp.
Kolejnym przykładem jest powszechna tytułomania. W polityce każdy, kto choć przez 5 minut był ministrem, dalej jest tytułowany ministrem. W polskiej nauce od rzeczywistego dorobku bardziej liczy się tytuł. Stąd bezustanne dyskusje o profesurze Lecha Kaczyńskiego, Bartoszewskiego, czy ostatnio Ćwiąkalskiego. A jakie to ma znaczenie? Powiedzcie mi raczej co mądrego napisali!


Komentarze
Pokaż komentarze (17)