Dzięki podejmowanym przez Bielana rozpaczliwym próbom ratowania pamięci prezydenta mamy pełniejszy wizerunek tragicznie zmarłego. Okazuje się, że w czasie lotów awanturował się nie tylko z załogą, ale korzystając z telefonu satelitarnego z nie będącym w samolocie ministrem.

W Tbilisi nie ulegając prezydentowi, Klich prawdopodobnej katastrofie zapobiegł. W lądowanie smoleńskie prezydent niestety go nie zaangażował.
Wiedząc do czego służyły w trakcie lotów urządzenia do szyfrowanej łączności, śmieszy niepokój o nie na miejscu katastrofy. Jeśli jest odrobina prawdy w słabości ich zabezpieczeń, to skłonność do kawalerskich lądowań znały wszystkie rządy i wszystkie wywiady. Na krótszą kadencję prezydencką tylko my nie byliśmy przygotowani.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)