Z Będgoszczą to była inna historia. Jezioro duże, parokilometrowe, jeden z takich satelitów ogromnego Miedwia, pozostałości dawnego, jeszcze większego zbiornika nazywanego Zastoiskiem Pyrzyckim lub Pramiedwiem (dzisiejszy krajobraz tamtejszy z kilkoma mniejszymi jeziorami zawdzięczamy niemieckiemu zamysłowi i zatrudnionemu przez Niemców angielskiemu inżynierowi). Historia całkiem inna, bo na Będgoszcz jakoś nie jeździłem za bardzo - spędziłem tam tylko jako smyk jeden weekend w domku z dykty.
Pojechaliśmy tam z ojcem pod koniec wakacji, mogłem mieć wówczas z dziewięć lat. Domek był zamieszkany przez wujostwo z kuzynem Michałem, tym z którym byliśmy ostatni raz na biwaku w Moczelach, rzadziej się pojawiającym w tych historyjkach. Był też ojciec ojca, zwany czarnym dziadkiem (od ciemnych włosów) - a pamiętam o tym jedynie dlatego, że utkwiła mi w pamięci pewna scena z pierwszego wieczoru spędzonego nad jeziorem.
Poleźliśmy oczywiście z kuzynem na pomost, a tam zobaczyliśmy jakiegoś młodzieńca w dresie - mógł to być maturzysta, dla nas człowiek wielki i dorosły. Dres miał granatowy z białym paskiem po nogawce, a na nogach jakieś brązowe adidasy. Powiedział do nas - a żadnej innej widowni tam nie miał - że on nam pokaże, jak się należy kąpać i skakać do wody - co rzekłszy wskoczył do wody w pełnym ubiorze, z pomostu na główkę, po czym wylazł na pomost i się oddalił. Trzeba przyznać, że miał szczególne upodobania.
O tak wspaniałym wyczynie musieliśmy oczywiście opowiedzieć starszyźnie, i pamiętam właśnie czarnego dziadka, jak wypytywał z niedowierzaniem: i co, tak w butach i w koszulce, we wszystkim skoczył? Ano tak, we wszystkim! Ten dziadek to był zresztą zapamiętały wędkarz, który wciąż opowiadał o rzkach swej młodości: Narwii i Bugu, głównie o Narwii bo mieszkał przed wojną w Pułtusku. Opowiadał więc o szczupakach, linach, sandaczach - ale też trafiła się świetna historia o pięknych jaziach nałowionych w jakimś kanałku parometrowej szerokości, na który się wyprawili z kolegą. A już chyba najmilej wspominał kiełbie, które ponoć, smażone na maśle, są niezrównane.
Na Będgoszczy jednak dziadek nie połowił, bo choć ten pierwszy wieczór był spokojny, to w weekend strasznie wiało. A on lubił wziąć do ręki dłuższą tyczkę i połowić na spławik - wiatr odebrałby mu przyjemność z takiego łowienia. Ale wiatr, nie wiatr - my musieliśmy siedzieć wytrwale na pomoście, gdzie było wszystko co najlepsze. A więc po pierwsze jezioro z wielkimi rybami naszej wyobraźni, a pewnie i nawet z paroma rzeczywistymi. Wiatr i fale. Rozbujana łódź, na którą się skakało z pomostu - przez to musiałem wysłuchiwać umoralniających gadek jakiegoś jegomościa. No i najważniejsze - byli jacyś ludzie z podrywką. Podrywka to jeden z cudów i niespełnionych marzeń mojego dzieciństwa: rozpiętą na pałąkach siatkę zarzuca się z pomostu, liczy się do dziesięciu, po czym wyciąga jak windą trzepoczące się, śliczne rybki rozmaitych gatunków. Na Będgoszczy były to zwłaszcza okonki, których wędkarze używali jako żywczyków - małe, pasiaste urwisy z kolczastą płetwą. My z kuzynem nie mieliśmy podrywki, i podejmowaliśmy jakieś żałosne, skazane na niepowodzenie próby ułowienia paru rybek zwykłym podbierakiem. Aby Państwa rozśmieszyć powiem, że była to "niedozwolona metoda połowu"!
A w tym domku to sie grało w brydża, i rano budziłem się słysząc sprzeczki karciane, coś o jakichś lewach, kierach itp. Jakiś kwadrans się tego słuchało, po czym wygrzebywało się, coś zakąszało, i zwiewało na pomost. W te wietrzne dni zawitał też do naszego domku dziwny gość: w przeźroczystej, tęgiej torbie foliowej wił się chudy węgorzyk złowiony przez wujka. Byłem z nim ostrożny pamiętając, że pewien większy węgorz dość dotkliwie mnie niegdyś pokąsał. Czy na jakiś swój rybi sposób zdawał sobie sprawę z mizerii swego położenia? Mizerna była z niego zdobycz - ale pamiętam, że tenże wujek złowił kiedyś w końcu w Odrze pięknego węgorza, akurat sami zajechaliśmy z rana na Odrze i rybę zobaczyliśmy. Wujaszek zyskał sobie tym wyczynem w oczach mojego ojca opinię kogoś, kto jednak umie złowić rybę.
Pamiętam jeszcze jakieś nerwowe łabędzie i starą, dużą łódź drewnianą leżącą na brzegu dnem do góry. Starszyzna orzekła, że gdyby ją tak nasmołować, to byłaby z tego całkiem niezła krypa. Może jakiejś jej szczątki walają się tam do dziś, ale nie wiem, bo nigdy więcej tam nie byłem.


Komentarze
Pokaż komentarze