Rzeka pomorska, podgórska. Słoneczne południe lub wczesny wieczór. Płytkie, żwirowe dno pod wartką wodą lub kojąco falujące warkocze wodorostów i migotliwe zjawiska świetlno-wodne, te wszystkie przelewiki, bełciki, wirki. Także tajemnicza głębia za starym młynem lub skalistym progiem. Tak sobie pomieszkują lipienie - ryby pełnej, czystej wody i równo ciągnącego nurtu. Nie szukają dziur i kryjówek, zawad, zawirowań i wstecznych prądów. Stoją przy dnie i przepatrują przepływającą wokół nich wodę. Widzą to, czego my nie widzimy - maleńkie larwy owadów, także oczywiście te większe. Albo dorosłe owady płynące po powierzchni - lub podtopione. Albo owady w trakcie przepoczwarzania, migrujące ku powierzchni wody. Także kiełże, a okresowo ziarenka ikry, szczególnie łososiowatych, na której z upodobaniem żerują stając za trącymi się rybami. Lipień nie jest płochliwy - jest poczciwy i łatwowierny, choć niejako też "bystry" (wyjątek stanowią lipienie z naprawdę małych rzeczek - są bardzo ostrożne!). Grupa miernych muszkarzy może je z pomorskiej rzeczki wyłowić do szczętu, posługując się prymitywną techniką łowienia i imitacją nadgniłego robala. Są też wody bardziej wymagające, w których trzeba się bardziej nastarać, by lipienie wytrzebić - no ale Polak potrafi jak wiadomo.
W wodzie, z brzegu czy mostu, widzimy go na ogół jako rybę szarawą, jasną, dopasowaną do piaszczystego czy żwirowego dna. Ale w odpowiednich warunkach dostrzeżemy głębie fioletów i purpur, które lipień w sobie kryje. Czasem też błyśnie bokiem, zapali w wodzie kolorowe odblaski. Wyjęty z wody nie może nie zachwycić - to chyba najwspanialsza nasza ryba, obok lina. Niezrównana jest wielka płetwa grzbietowa, którą samiec obejmuje samicę podczas tarła. Ze względu na wygląd i ubarwienie, dorodne lipienie nazywa się kardynałami. Trzeba uczciwie dodać, że tak wspaniale wybarwione są lipienie z południa Polski, np. z Sanu - te pomorskie częściej są "śledziowate", ledwie maźnięte purpurami, rzadko kiedy mają wyraźne kropki... Ale one także przyśpieszają muszkarzom tętno - no i pachną tymiankiem, i mają tę charakterystyczną, regularną łuskę nasuwającą skojarzenie z kaczanem kukurydzy. W pysku drobne ząbki - to taki niby drapieżnik, choć małą rybkę zjada niezmiernie rzadko. Mówi się o takich delikwentach "mikrodrapieżcy".
W naszym kraju, poza wysokopłatnymi odcinkami specjalnymi (i może jakimiś zapomnianymi strugami - ale o takie bardzo, bardzo trudno), lipień czterdziestocentymetrowy jest właściwie okazem, a półmetrowy - legendą. Największe były i są na Sanie i Brdzie, krążą o nich legendy. Polska jednak nie jest rajem dla lipieni. Bardziej wymagający od pstrąga, pokrywa obszarem swego występowania znacznie mniejszą część kraju, niż ten ostatni. I niby to jest na całym Pomorzu, ale już mieszkając w Szczecinie musiałem na nie jeździć całe 100 kilometrów, na Mołstową - bo bliżej sensownego łowiska lipieni nie było. Dorzecze Iny jest od lipienia wolne, choć w tej chwili już nie do końca - trwają próby odtworzenia populacji na Krąpieli, gdzie jedną sztukę na suchą muchę raz nawet złowiłem. Słyszało się nieraz w Szczecinie legendy o tym, że łowiono lipienie w Gowienicy czy Płoni - ale moim zdaniem to prawie na pewno twory wyobraźni muszkarzy, spragnionych częstszych spotkań z tą rybą. Bo czemuś u nas właśnie lipień stał się ulubioną rybą muszkarską, a jego łowienie - ucieleśnieniem muszkarskiej finezji i kunsztu. Na własne nieszczęście, niestety. Ja ostatnio chętniej szukam niezapomnianych wrażeń muchując w nietypowych miejscach za okoniem, boleniem czy jaziem (i je znajduję!), zamiast być kolejnym "łowcą lipieni" rozgrzebującym dno podgórskich strumieni i tratującym falujące wodorosty rzek Pomorza. Lipienie niech sobie odpoczną, choćby ode mnie...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)