44 obserwujących
83 notki
216k odsłon
  2317   0

"Gdańsk a Polska" Askenazego

Czytam właśnie cokolwiek smutną w wymowie książeczkę Szymona Askenazego "Gdańsk a Polska". Ten obszerniejszy esej historyczny ukazał się po raz pierwszy w 1904 roku. Jak można domyślić się po umieszczonych w ostatnim wydaniu różnojęzycznych wstępach, było to dziełko w latach następnych wykorzystywane w propolskiej propagandzie. Wtedy mniej więcej, gdy entanta decydowała o losie Gdańska. Czy dać go w całości Niemcom, czy może jednak uczynić wolnym miastem. Nie wydaje mi się, żeby komuś z Zachodu przyszedł najprostszy pomysł - zwrócenia go Polsce. Być może jestem uprzedzony.

 
Dlaczego ta książeczka działa przygnębiająco? Jest napisana sprawnie, staroświecko w sam raz, a miejscami pięknie. Pokazuje związki Gdańska z Polską, pokazuje opresję krzyżacką, a potem zbrodnię pruską. Udowadnia wierność Gdańska Koronie. I bez skrępowania przedstawia przyziemne powody tej wierność. Gdańsk bez Rzplitej Gdańskiem być nie mógł. Są fajne szczegóły. Momenty dzielne, a nawet heroiczne. Jak to Szwedom się Gdańsk nie dawał. Jak bronił królów i jak się z nimi też zmagał. No i interesy międzynarodowe. A Gdańsk interesy miał rozległe - można powtórzyć za Askenazym - wszechświatowe. Sympatyczne jest, że po uwolnieniu się od Krzyżaków i powrocie do Polski w 1454 roku, Gdańszczanie ciągle to wydarzenie pamiętali. W końcu zainwestowali w nie sporo gotówki. Co sto lat wybijali okolicznościowy medal. W roku 1854 również - a w tym czasie to była już dość ryzykowna demonstracja polityczna.
 
Są też ciekawostki fajne. Krzyżacy zniszczyli Gdańsk w 1308 roku. Na modłę tatarską to uczynili, do żywego kamienia. I dopiero wtedy Wielki Mistrz przeniósł siedzibę z Wenecji do Malborka. Ostatnio nam się Wenecja mocno kojarzy z Czyngisem, a tu dostajemy piękną pożywkę do snucia teorii spiskowych. Askenazy podaje opinię pruskiego teoretyka wojskowości, który wprost zauważa podobieństwo taktyki krzyżackiej do działalności zagonów tatarskich. No śliczne to jest, przyznają państwo sami. Wenecja - tatarzy. Wenecja - krzyżacy. Ta sama metoda niszczenia konkurencji. Gdańsk co prawda na północy, a Wenecja deczko niżej. Ale to nie jest wielka różnica dla żeglarzy. Ta sama droga z Morza Śródziemnego na Bałtyk i z Bałtyku na Morze Śródziemne.
 
Są podane fakty budujące, o które niełatwo, jeśli weźmie się na warsztat politykę ostatnich Jagiellonów. A tu proszę, Zygmunt Stary całkiem sensownie ustanowił Gdańskowi trójstopniową konstrukcję władz miejskich. Ordynek taki, w którym może nie decydujący, ale słyszalny głos miał stan najniższy w osobach stu reprezentantów. Tych stu gdańszczan, zawsze chyba, pilnowało polskiego interesu. Kolejni królowie odrobinę modyfikowali Ordynek przeważnie na korzyść naszą i ludności miasta. To jest jakiś rys polskiej polityki, tej idealnej, wymarzonej, że w niej jest ten duch dobrowolności i korzyści wielostronnej. Wierzę, że taki jest i taki właśnie być powinien polityczny duch polski, bo człowieczy. Ta prawie demokracja republiki Gdańskiej, równo rozkładająca korzyści między wielkich międzynarodowych graczy i tych mniejszych, lokalnych, dotrwała aż do czasów Pruskich, kiedy to została zniszczona - wprowadzono zamordyzm i biurokrację wojskową. Ordunek był dziełem prostym, trwałym i cudnym a tłumaczy przy okazji, dlaczego Zygmunt lubił Dantyszka. Znaleźć powody sympatii do Dantyszka nie jest łatwo. A jednak, a jednak. Dantyszek z nizin pochodził, stąd i mógł pilnować korzystnego dla Rzplitej, kiełznającego odrobinę patrycjuszy, Ordynku. Czy pilnował rzeczywiście, trudno orzec. Ale jest to hipoteza dla Dantyszka i Zygmunta korzystna. 
 
Nie jest smutny bardzo opis końca polskiego Gdańska, bo do takich historii jesteśmy już przyzwyczajeni i nie widzimy w Stanisławie Auguście Poniatowskim kogokolwiek innego jak zdemoralizowanego figuranta. Choć niewątpliwie robi wrażenie list Gdańszczan do Jego Królewskiej Mości, w którym deklarują przywiązanie i miłość do Rzplitej i proszą monarchę choć o radę w sprawie zakusów Pruskich. Choć o dobre słowo w obliczu zła proszą. Jest w książeczce zdjęcie z podpisami tych ludzi. To nie jest w kij dmuchał w niepewnych czasach i pod okiem Fryderyka Wielkiego podpisać się pod takim dokumentem. Jak żyć, królu miłościwy, jak żyć. A Stasio nic im na to nie odpowiedział. Więc trochę się jeszcze pobuntowali, trochę postrzelali, karku i majątku ponadstawiali, buńczucznie odmówili udziału w targowicy, ale losu nie uniknęli. Prusy Gdańsk sobie wzięły jak swoje, choć niejeden Prusak nagle zakończył od tego żywot.
 
Nawet opinia światowa była zdegustowana postępowaniem zaborców wobec Gdańska. I ma się rozumieć w Wielkiej Brytanii też opinia publiczna była wzburzona. I nie dziwota, bo to odwieczny i ważny partner biznesowy Londynu. Kupiec z kupcem się zrozumie. A wszyscy rozumieją, że Gdańsk bez Polski to jest po prostu żaden interes. Że prędzej Polska bez Gdańska da radę niż Gdańsk bez Polski będzie Gdańskiem. Nic tu nie stanowią nawet religijne różnice. Frycek może sobie grać rolę obrońcy protestantów, ale protestanci gdańscy mówią mu, żeby się o nich nie martwił, gdyż w Rzplitej im jest doskonale. Obrońca uciśnionych się znalazł. Prawie że mu piszą, żeby się wypchał - choć oczywiście językiem ewangelicznej miłości. Ale jest i dziwność w tym wszystkim. Taka oto, że gdy angielska opinia publiczna ujmuje się za polskim Gdańskiem, to dyplomacja angielska lobbuje przez wiele lat na rzecz jak najszybszego odebrania Gdańska Polsce. I w Warszawie, i w Moskwie ambasadorowie brytyjscy naciskają, żeby natychmiast pozbawić Polskę jedynego portu morskiego. Dlaczego? Cholera, dlaczego? Wbrew interesowi Gdańska, wbrew tradycji i interesowi własnych kupców (nawet City było momentami przeciwne) i wbrew interesowi kupców holenderskich i wbrew światowej i własnej opinii publicznej. Dlaczego?
 
I to jest proszę Państwa właśnie jak najgłębiej smutne. Askenazy stoi wobec pytania, które sam zadał, zupełnie bezbronny, z pustymi rękami. Zupełnie jak bezradni staną Polacy w obliczu polityki brytyjskiej w czasach II Wojny Światowej. Dlaczego? Nie wiemy. A potem już tylko dobił (fakt, nieświadomie), bo stwierdził, że Gdańsk - mimo licznych zakusów carów, począwszy od Piotra Wielkiego - nigdy przez Rosję zajęty nie będzie. Bo to niemożliwe - twardo uzasadnił Askenazy, ale nie mógł przecież widzieć ruin z 1945 roku. I tak sobie myślę, że błędna pewność Askenazego ma jakiś związek z brakiem odpowiedzi na pytanie z poprzedniego akapitu.
Lubię to! Skomentuj20 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura