44 obserwujących
83 notki
216k odsłon
  1799   0

O Sienkiewiczu i obyczaju

Poprawiony tekst  "Henryk Sienkiewicz o ekshumacjach na Łączce" jest już dostępny! Ukazał się drukiem w 13 numerze czasopisma diecezji kaliskiej "Opiekun" www.opiekun.kalisz.pl. Bardzo się cieszę. Dziękuję przy okazji wszystkim, którzy zostawili komentarze pod pierwotną wersją. Nie odpowiadałem, bo naprawdę nie miałem czasu. Ogromne dzięki. Tekst był inspirujący. Miły człowiek napisał prywatnie, że pod jego wpływem zamówił komplet dzieł Sienkiewicza. 

Dziękuję również Phillozofowi za wskazanie błędu. Przykre jest to, że tak się Phillozof zapieklił. Nie wiem, co mu przeszkadza moja interpretacja, a przeszkadza bardzo skoro zaślepia, bo przecież tylko z zaślepienia i niechcący wyinaczył pewien szczegół istotny dla charakterystyki Jagienki. Zdarza się. O tym za chwilę.

Najpierw krótko przypomnijmy. Wydaje mi się inspirujące widzieć w Jagience personifikację Polski realnej, a w Danusi Polski idealistycznej. Zbyszko wbrew okolicznościom, zdrowemu rozsądkowi i radom mądrzejszych upiera się przy Danuśce. Przeznaczona mu jest Jagienka, co czytelnik może przeczuwać od początku. I tu ważne, Sienkiewicz tak historię skonstruował, że wychodzi myśl następująca: Nie da się zdobyć Polski Jagienkowej i być przez nią kochanym, bez wiernej służby Polsce Danusinej. 

I teraz o manipulacji iście rojtowej, Phillozofowi tak się ten koncept nie spodobał, że próbował oczernić(?) Jagienkę w jednym z komentarzy:

"Widziała w Jurandzie biednego dziada, któremu wetknęła "kilka drobnych pieniążków".
Czyli co? Polska realna daje swym bohaterom dziadowską jałmużnę?"

Wziąłem to za dobrą monetę, choć od razu uznać należało za "józefa monetę". Może po prostu zacytuję, co w tym fragmencie jest u Sienkiewicza:

"Jagienka zaś wetknęła w dłoń nędzarza kilka drobnych pieniążków.

— Słuchajcie — rzekła. — Nie opuścim was. Pojedziecie z nami na Mazowsze i w każdej wsi będziemy was pytać, czy nie wasza. Może się jako dogadamy. Wstańcie jeno teraz, boć my przecie nie święci."

I jak tu gadać z Phillozofem, który jest Rojtem po prostu. Dawno temu, kiedy zapoznałem się jednym z tekstem Rojta, nawet mi się spodobało - była ciekawostka o Tuwimie, że jako dzieciak zmyślił tekścik, jakby fragment z Biblii i że dorośli traktowali ten tekst jako prawdziwy cytat - według Rojta. Nie wiem, czy to prawda, to znaczy, czy rzeczywiście uznawali słowa Julka za tekst Pisma Świętego. Ktoś, kto Ewangelię czytał lub chociaż na mszach bywa, wie, że te słowa to dziecięca fantazja i dramatu z tego robił nie będzie. I tak mi się zdawało, że krytyk dorosłym też jest - że pokazuje ciekawostkę, a ton głosu podnosi jedynie dla zabawy. Teraz myślę, że nie. Po lekturze Rojtowych wpisów na temat Coryllusa i po tym, co wyprawiał ostatnio Phillozof , uważam, że Phillozof-Rojt rzeczywiście myślał, że słowa małego Julka uznają czytelnicy za objawione. No wariactwo przecież. Litość i zapomoga. Rojt, opanuj się, bo życie zmarnujesz. Ani to pożywne, ani słuszne. Szkoda gadać.

 

Fajny film widziałem. Przyrodniczy. Było o różnych strategiach w zdobywaniu pożywienia. Full wypas, kolor i HD. Naprawdę tęga robota BBC. Trochę tendencyjna jak to u nich, ale ładne i ciekawe rzeczy pokazywali. Najbardziej wzruszyła mnie jedna historyjka. Jakoś się wiąże z tematem notki - powiedzmy wiąże się poetycko, więc intepretację pozostawię czytelnikom.

Otóż jest w Afryce plemię, które kultywuje niezwykły obyczaj. Tradycyjną metodę na zdobywanie białka zwierzęcego. Odbierają po prostu mięso lwom. Niezwykła to rzecz i według autorów reportażu nigdy nie sfilmowana. Lektor wyraził obawę, że może już nie być więcej okazji do utrwalenia tej niezwykłej tradycji. Murzyni się cywilizują i stare umiejętności zanikają. Kierowcą wyprawy, która miała sfilmować odbieranie mięsa lwom, był właśnie taki w pełni ucywilizowany Afrykańczyk. On chyba najbardziej się niepokoił o los tych śmiałków, którzy mieli wyrwać lwom ich zdobycz. Reszta ekipy to biali, wiecie, pełno takich w programach przyrodniczych, więc opisywać nie muszę. Ględzą, głupie miny robią i fascynują się. Skaranie boskie.

Głównymi bohaterami było trzech Murzynów. Odziani w stroje ludowe - kawał kolorowego płótna. Smukli. Jeden chyba w średnim wieku, dwóch ździebko młodszy. Ten starszy na pytanie, czy się boi, powiedział, że o kolegów. że jest strach przede wszystkim o kolegów. Napięcie rośnie. Pojawiają się trudności obiektywne. Wyprawie trudno było znaleźć ucztujące lwy i jednocześnie, żeby ucztowały przy dobrym oświetleniu. Ale w końcu znaleźli. Stado leży wokół upolowanej antylopy i raczy się świeżyzną. Samcowi z brody spływa strumień juchy. Oj, nie wygląda sympatycznie. Na domiar złego w stadzie są samice z młodymi. Mniejsza o jedzenie - samica z młodymi sama z siebie cięta jest na intruzów wystarczająco, żeby się bać nawet siedząc w klatce terenowej karoserii.

No i co robią trzej Murzyni? Idą gęsiego ku temu stadu przez rzadki busz. Powietrze drży i może od tego drżą jakieś patyki w ich dłoniach. Nic więcej nie mają prócz kawałków sukna i tych patyków. Może to są rachityczne łuki? Stado coraz bliżej. Murzyni idą dalej, ale już obok siebie. Ramię w ramię, jakby przez wieś szli do GS-u, a nie do bandy krwiożerczych bestii. Spokojnie idą, nie za szybko, nie za wolno. Nagle jeden z samców zobaczył gości. Wstał i bez żadnego ostrzeżenia dał chodu w krzaki. Za nim rozpierzchła się reszta stada. Murzyni podeszli do antylopy. Jeden odciął udziec, zarzucił go na ramię i ruszyli do domu. To wszystko.

A może nie wszystko. Murzyn-kierowca, ten cywilizowany, mało się nie pobeczał. Nie wiem, czy to reakcja postresowa, czy objaw wielkiej tęsknoty za czymś, co bezpowrotnie stracił. 

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale