Wszyscy piszą o Warszawie, nie chciałem więc się wtrącać w gorącą dyskusję, ale już robi się spokojniej, chyba więc można.
W Gdańsku Parady Niepodległości organizowane są od lat przez Miasto. Z jednej strony jest to dobre rozwiązanie, bo skoro miasto samo organizuje, to samo odpowiada, samo kontroluje, samo sprząta itd. Z drugiej jednak strony Miasto, jako twór teoretycznie bezpolityczny i bezideowy, do parady dopuszcza wszystkich chętnych, niektórych chyba nie wiem po co.
Jak co roku, z okienka jednej z kamieniczek przemawia aktor przebrany za Piłsudskiego, paradują ułani i inni konni rycerze z różnych epok, w tym nawet także husaria, maszerują przebierańcy z czasów Księstwa Warszawskiego (ciągnęli nawet armatę i to ręcznie!), tankietka z września 39, jadą też zabytki polskiej motoryzacji – ogórek, Fiat 125p i stara Warszawa. Do parady przyłączają się też inni przebierańcy – np. wojska amerykańskie albo prawdziwa ciekawostka – legioniści rzymscy z własnym drewnianym wozem (co prawda na lawecie, bez konia).
No i niechby sobie jeździli w tej paradzie nawet Apacze, Wikingowie albo Wizygoci. Ale jeden warunek – to jest święto naszej niepodległości, niech prezentują więc polskie barwy, flagę, godło, wstążkę, tradycję czy cokolwiek.
Tymczasem w paradzie jedzie jakiś stary samochód, spiker zastanawia się, czy to to NSU czy Zaporożec i zachwala radziecką myśl techniczną. Jest też „delegacja” trabantów z DDR-owskimi emblematami, które podobno strzegły Muru Berlińskiego.Zaraz potem kawalkada zabytkowych Cadillaków, zero choćby polskiej wstążkii, za to na jednym napis „sprzedam”, spiker głośno czyta nr telefonu sprzedawcy. W odpowiedzi któryś Cadillac pali gumy, dym i smród straszny, rodzice z dziećmi się wycofują. Jadą motocykliści, całkiem ich dużo, ale tylko ci z przodu są odświętnie przystrojeni we flagi i szaliki. Jadą pięć na godzinę, dystyngowanie, ale z tyłu kilku młodszych szaleńców wyje silnikami i popiarduje wydechami dla większego wrażenia, spikera nie słychać (może i lepiej). W sumie najwięcej miejsca w paradzie zajmują kompletnie nie przypisane do żadnej idei pojazdy różnych marek, wielkości, przeznaczenia i wieku, na dodatek na dużej części z nich są jakieś reklamy i ogłoszenia.
Ze wszystkich uczestników najlepiej wypadają zdecydowanie zwykli gdańszczanie, którzy przyszli całymi rodzinami z dziećmi, niosą flagi, banderki, biało czerwone czapki, dzieci mają na plecach husarskie skrzydła. Idą szkoły, stowarzyszenia, harcerze i partie polityczne. A po paradzie, która zakończyła się na Targu Węglowym, jest wesoło, wszyscy oglądają husarzy i dragonów, z lekkim strachem podchodzą do koni, dzieci mierzą różne chełmy, chcą wsiadać do tankietki i na napoleońską armatę, ktoś tłumaczy z czego składa się karabin i ile waży szabla. I ja podchodzę do jednego z motocyklistów, jest ubrany cały na czarno, na plecach jakieś czachy czy smoki, pytam się czy ma ze sobą flagę, czy coś polskiego, a on mi na to, że ma czerwoe gacie i białą koszulkę.
Nie boli mnie jeden przygłup na motorze. Boli mnie, że wszyscy, którzy przychodzą tu ŚWIĘTOWAĆ POLSKĄ NIEPODLEGŁOŚĆ, dostają od miasta nieskoordynowaną mieszaninę pochodu pierwszomajowego, zlotu miłośników starych samochodów, festiwalu teatrów ulicznych, święta Wojska Polskiego i odpustu. Może się czepiam, bo przecież sama nazwa to Parada, a nie Marsz. Jednak w oczach uczestników widziałem (to moje subiektywne odczucie!) z jednej strony podziw i błysk radości na widok na przykład Cadillaca, ale też zawód, że badziewia było dużo więcej niż święta. Jak tak dalej pójdzie, to za kilkanaście lat Święto Niepodległości będzie tylko jeszcze jednym jarmarkiem, długim weekendem i okazją do wyjścia z domu, obejrzenia odpustowej tandety i napicia się piwa. Przy piwie będą jednak uwagi, że może lepiej to święto przełożyć na lato, bo w listopadzie ręce marzną na plastikowych kuflach.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)