Daniel Olbrychski – to jest mistrz! Trzeba być naprawdę aktorem najwyższego formatu, żeby z takim przekonaniem, wdziękiem i patosem mówić takie gówna o sprawie „Pokłosia”.
Dziwi mnie i jednocześnie przeraża fakt, że ten doświadczony facet, taki inteligentny, taki zasłużony i pewnie nienajbiedniejszy aktor, człowiek w końcu jakoś wybitny, który właściwie do końca swojego niedługiego chyba już życia mógłby tylko odcinać kupony od swojego dorobku, babrze się u jakiegoś Lisa w takich świństwach. Nie wierzę, że on wierzy w to, co mówi. Za mądry jest, by naprawdę tak myślał. A więc gra, znaczy się udaje.
I tu mnie boli – po co gra? Czy ktoś mu za to płaci? Czy zyska na tym czyjąś wdzięczność, czyjś szacunek? A jeśli nawet, to czy szmatławy szacunek szmatławych ludzi jest coś wart dla takiego wielkiego człowieka? Sądziłem, że w tym wieku i z takim dorobkiem nie trzeba już walczyć, zwłaszcza w złej sprawie. Co prawda Olbrychski-Kmicic walczył w złej sprawie, ale jednak się nawrócił.
Zostawiłem więc Olbrychskiego-Azję Tuhajbejowicza wbitego na pal jego wersji historii i z ulgą i radością przełączyłem na TVP1 na „Rodzinę Kowalskich” - piękny, choć tragiczny film Macieja Pawlickiego i Arkadiusza Gołębiewskiego o Polakach zamordowanych przez Niemców za ratowanie swoich żydowskich sąsiadów. Po obejrzeniu filmu stwierdziłem, że pal Azji nieco się zaostrzył.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)