Nie wiem kto i kiedy wymyślił grę w „dziada”, bo za krótko albo za mało uważnie oglądam piłkę nożną, ale faktem jest, że kilka lat temu dobrze wyćwiczona tiki-taka w wykonaniu Barcelony zachwyciła mnie. I nie tylko mnie. W Polsce ilość miłośników, czy jak wolicie - fanów FCB rosła wtedy lawinowo.
-
Co za zgranie!
-
Ach jaka finezja!
-
Ależ muszą mieć to wytrenowane!
-
Nigdy nie było lepszych!
-
Widziałeś, jak ich ogrywali?
-
Niesamowite, w jednej akcji 30 celnych podań bez straty!
Było to niczym powiew lekkości, zwycięstwo precyzji nad bezmyślną siłą. W delikatną sieć ich dokładnych podań wpadały jak w pajęczynę nawet największe, ale jednak prymitywne lokomotywy piłkarskie. Aż miło było patrzeć.
Patrzałem taki zachwycony chyba ze trzy lata. W końcu jednak się znudziłem. No bo jak długo można oglądać kilku facetów podających sobie na małej przestrzeni piłkę przez chyba 60 minut w każdym meczu.
Pyk-pyk, pyk-pyk, pyk-pyk-pyk.
Pyk-pyk, pyk-pyk, pyk-pyk-pyk-pyk.
I pyk-pyk.
I wreszcie pyk-pyk-pyk i strzał między zdenerwowanymi grą w dziada przeciwnikami.
Goli dość dużo, skuteczność wysoka, bo w końcu jeśli ma się piłkę przez 70% czasu to jest większa szansa wygrać, niż przegrać.
Ale to nie jest futbol!
Futbol z założenia jest walką, a nie grą. Jest odpowiednikiem tych igrzysk, których tak jak chleba pożądali starożytni Rzymianie. Dzisiejsze wojny piłkarskich kibiców są tego najlepszym dowodem. Prawdę mówiąc nawet samo kopnięcie piłki już jest formą wyładowania agresji. Dlatego futbol musi być walką, musi być w jakiś sposób krwisty. Czy jako widzowie wolelibyście oglądać walkę kotów, czy może walkę kota z myszką, kiedy to kot tę mysz męczy i pyka ją pazurkiem i znęca się i czeka na dogodny moment, żeby dobić. To oczywiste, że walka robi się ciekawa tylko wtedy, kiedy są ataki i ciosy. Tiki-taka zaś walką nie jest – jest nudnym pykaniem piłeczki w oczekiwaniu na błąd, zmęczenie lub nieuwagę przeciwnika. Futbol wymyślili Anglicy i dlatego chyba u nich jest on najlepszy. Angielski futbol nie podbija może świata, angielskie drużyny nie zdobywają zbyt często europejskich pucharów, ale za to najpełniej realizują ideę dawnych igrzysk. U nich nie ma finezji ani filozofii, lecz fizjologia – jest pot, adrenalina i podniecenie, czyli nieustanna, szybka, męska napierka do przodu, jak w ostrym boksie, bez względu na wynik, szanse, zmęczenie czy jakieś kalkulacje. Chciałbym, żeby wszędzie tak było.
Dlatego niesamowicie się cieszę, że Barcelona trafiła na Milan, który po prostu olał tiki-takę, przeczekał ją i przetrzymał taktycznie i fizycznie, po czym wyprowadził kilka normalnych futbolowych akcji, z których dwie zakończył soczystymi golami, wysyłając Barcelonę w błogi niebyt. W kolejnych rundach Ligi Mistrzów nie będę więc musiał oglądać taktyki tiki-taki. Pooglądam sobie za to szybkie kontry, twarde obrony, proste, długie podania, silne dośrodkowania i krwiste strzały. I mam pewność, że nie będę się nudził, czego także wszystkim Wam życzę, nawet jeśli jesteście zagorzałymi wyznawcami FCB.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)