Zatwardziali zwolennicy wolnego rynku powiedzą pewnie, że każdy podmiot gospodarczy powinien sobie radzić sam. Jak nie będzie zbytu na jego produkty/usługi, to niech przepada w czeluściach finansowego niebytu. Czy jest to podejście w stu procentach słuszne? Otóż niekoniecznie, jeśli chodzi o kulturę. Przyjrzyjmy się temu problemowi bliżej:
Artykuł mówi o zmaganiach małych wydawnictw z wielkimi „graczami”. Jeśli te drugie wyrzucą z rynku ambitniejszych księgarzy, to literaturę z wyższej półki czeka prawdopodobnie zagłada. Przykro mi to pisać, ale zatriumfuje wówczas przyzwyczajona do intelektualnego chłamu większość, której obojętny jest los spragnionej dobrej lektury mniejszości.
Czy zatem należy ustalić jednolitą pierwotną cenę książki? Czy może jakoś dotować małych przedsiębiorców z tej branży? Zagadnienie jest poważne. Jeśli chcemy uchronić porządną literaturę przed upadkiem, trzeba będzie się chyba pogodzić z ideą gospodarczego interwencjonizmu. A może uważacie inaczej? Może według Was decydujący powinien być głos statystycznego czytelnika? Ja, przyznam, mam mieszane uczucia...



Komentarze
Pokaż komentarze (182)