Niedawno pisałam o głupich modach. Ale przecież mody nie muszą być głupie; czasem mogą być całkiem dorzeczne. Weźmy choćby coś takiego jak minimalizm: przecież to całkiem racjonalna odpowiedź na nadmierną konsumpcję, która zagraża i naszej planecie, i naszemu osobistemu dobrostanowi. Co jednak, jeśli i na tym – skądinąd znakomitym – trendzie ktoś zechce zarabiać? Co, jeśli przekształci się on w swoją własną parodię? I czy można być minimalistą, jeśli nas nie stać na markowe, ponadczasowe produkty, na których obecnie żerują niektórzy producenci?
No tak, w zasadzie tego właśnie można się było spodziewać: ktoś prędzej czy później musiał zacząć zbijać na tym kasę. Czy można się o to oburzać? Nie unikniemy konsumpcji całkowicie, powinniśmy zatem dbać, żeby była ona solidnie przemyślana. Dlatego nie ma sensu traktowanie minimalizmu ze śmiertelną powagą, jakbyśmy wybierali się na Księżyc. Nie dajmy się wkręcić w „konsumpcjonizm bis”, tym razem opatrzony bardzo mylącą etykietką.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)