6 obserwujących
61 notek
29k odsłon
239 odsłon

(Szkolna) teoria grup

Wykop Skomentuj4

Co kilka lat zmieniane są podstawy programowe, formuły matur i inne elementy systemu szkolnictwa. Likwidacja gimnazjów zdarza się dużo rzadziej – ostatnio nastąpiła w 1948 roku. W XX wieku wprowadzane były dwukrotnie, raz w dwudziestoleciu międzywojennym i raz w 1999 roku. Otwieranie i zamykanie gimnazjów to zatem wielkie wydarzenie, o częstotliwości rzędu powrotów komety Halleya w okolice Ziemi.

Nie jestem jednak pewna, czy wydarzenie to jest równie widowiskowe i godne celebrowania, warto więc tym razem ustalić taką formułę nauczania, która przetrwa nieco dłużej, okaże się skuteczniejsza i nie pozostawi ciężkich ran na psychice absolwentów. Moim zdaniem gimnazja to wyjątkowo bezsensowny typ szkół (powody, dla których tak uważam nadawałyby się na osobną notkę, najogólniej rzecz ujmując, problemem gimnazjów jest to, że kiedy ludzie do nich trafiają, to wychodzą ze środowiska do którego jakoś udało im się przywyknąć przez ostatnie sześć lat, mają perspektywę, że już po trzech latach znajdą się w kolejnej szkole, więc nie czują potrzeby wyrabiania sobie dobrych stosunków z innymi ludźmi ani tego, żeby się rzeczywiście czegoś nauczyć – w końcu poważna nauka zacznie się w liceum, prawda? – A potem w liceum okazuje się, że nauczyciel jest szczerze zaskoczony tym, że uczniowie nie umieją tych wszystkich „podstawowych rzeczy”, które rzekomo przerabiali w gimnazjum), ale cóż można wymyślić lepszego od opcji już sprawdzonych, tak, by nauczyciele nie obawiali się redukcji etatów, a uczniowie zamieszania, i by mogli zdobywać realną wiedzę?

Sądzę, że można byłoby oprzeć się na formule stosowanej przy prywatnym nauczaniu języków. Im mniejsze klasy, tym lepsze. Ich skład może się  nawet zmieniać, może być tak, że co roku klasy będą dobierać się według sympatii do poszczególnych nauczycieli, terminów, w których odbywają się zajęcia z danym nauczycielem (a może w tym przypadku tutorem?) i przyjaźni. Wtedy można dostosować poziom nauczania do konkretnego zespołu, przeprowadzić test poziomujący, dzięki któremu ustala się od którego etapu dziecko rozpoczyna naukę danego zagadnienia, a przy tym z konieczności każdy uczeń jest aktywny.

Kolejne zalety takiego rozwiązania? Dużo miejsc pracy dla nauczycieli, niezmuszanie dzieci, które nauczyły się czegoś w domu, by nudziły się, siedząc na lekcjach i „ucząc się” tego od nowa, i co najważniejsze: duża efektywność. Nie tworzyłyby się kliki, jakie bywają w gimnazjach, bo skład zespołów uczniowskich byłby płynny, wynikający z poziomu zaawansowania z konkretnego przedmiotu. Zapewne moja propozycja brzmi trochę jak wysyłanie kilkulatków na studia, więc chciałabym od razu wyjaśnić, że mimo pewnych analogii, pomysł jest zupełnie inny. Dzieci nadal uczyłyby się wszystkich tradycyjnych przedmiotów, tyle, że te, które umieją czytać już od czwartego roku życia, ale nadal bazgrzą jak kura pazurem, w wieku lat siedmiu uczęszczałyby na zajęcia z kaligrafii dla początkujących, ale czytałyby lektury dla bardziej zaawansowanych (nazewnictwo „poziomów” pozostaje do dyskusji). Dzieci, które są doskonałe z arytmetyki, ale mają problem z analitycznym myśleniem, byłyby w grupie, w której kładłoby się nacisk na inne rzeczy niż w tej, w której uczniowie wykazują się talentem do rozwiązywania matematycznych łamigłówek, ale potrafią stwierdzić, że 7+9=17, a nie 16, jak wskazywałby zdrowy rozsądek. Przyroda, a później fizyka, chemia, geografia i biologia byłyby nauczane w formie zbliżonej do kółek zainteresowań, i również podzielone na konkretne działy. Funkcjonowałyby  grupy teoretyczne i eksperymentatorskie. Do tego istniałaby pula fakultetów, takich jak muzyka z naciskiem na teorię, na śpiew, na instrumenty, technika „twarda” z zajęciami z lutowania, stolarstwa i może nawet drobnych napraw czy modelarstwa oraz technika „miękka” z zajęciami z krawiectwa, dziewiarstwa i… kuchennymi, oraz sport, przy czym również wybierałoby się na jaki sport chce się poświęcić większość czasu (choć mogłaby też istnieć grupa sportowa „ogólna”). Taka indywidualizacja nauczania pozwoliłaby rozwijać talenty dzieci i pomagać im w nadrobieniu trudności, bo w małej grupie, realizującej konkretne zagadnienie w danym semestrze, znacznie łatwiej dostrzec wzloty i upadki adepta danej trudnej sztuki.

Żeby dokładniej przedstawić moją koncepcję, podam przykład. Na potrzeby przykładu poziomy przedmiotów ponumeruję od 1 do 12 (zakładam, że długość cyklu edukacji pozostałaby taka, jak teraz). Weźmy jakieś wymyślone rodzeństwo, dajmy mu na imiona Adaś i Ewcia. Adaś ma 12 lat, Ewcia 9. Chłopiec ma problemy z liczeniem, a jego siostra to malutki geniusz matematyczny, więc lądują w tej samej grupie, powiedzmy czwartej (w naszym obecnym systemie Adaś męczyłby się ze zbyt trudnymi zadaniami w piątej klasie, a Ewka irytowałaby się, że każą jej ćwiczyć dodawanie w zakresie od 1 do 100, kiedy ona już umie dodawać większe liczby w słupku, mnożyć ułamki i tylko czeka, aż pozwolą jej dowodzić twierdzenia). Uczą się razem z jedenastolatką i dwoma dziesięciolatkami. Braciszek ma talent do pisania, więc jest w szóstej grupie literackiej, a z językoznawstwa (w sensie tego etapu nauczania: odmiana przez przypadki, znajomość części zdania) jego wiedza jest przeciętna, więc uczy się w piątej grupie razem z trzynastolatką, dziesięciolatką i drugim dwunastolatkiem. Ewa nie przepada za słowem pisanym, ale lubi się wypowiadać, więc na zajęcia polonistyczne uczęszcza do pierwszej grupy wraz z kilkoma siedmio- i ośmio- latkami, ale należy do klubu dyskusyjnego dla początkujących. Jest dobra z angielskiego i chodzi do czwartej grupy, ale na razie nie wybiera drugiego języka, natomiast Adam jest w siódmej grupie z angielskiego i zaczyna niemiecki, chodząc do drugiej grupy. Rówieśnik Ewy, Józek, nie wyróżnia się w nauce, ale uwielbia piłkę nożną, więc na wszystkich przedmiotach jest w drugiej grupie i trenuje piłkę nożną w ramach zajęć sportowych. Ewa nie lubi gier zespołowych, więc trzy razy w tygodniu gra rekreacyjnie w jeden ze sportów takich jak tenis, ping pong, badminton czy squash. Adaś chodzi na sport „ogólny”. Oprócz tego należy do koła biologicznego wraz z Marysią, która ma już 15 lat i jest na dziesiątym poziomie z fizyki z astronomią, ale z opóźnieniem stwierdziła, że interesuje ją astrobiologia. Chodzi też na dwunasty poziom z angielskiego i zakończy go w wieku lat szesnastu, by następnie rozpocząć naukę rosyjskiego (ze względu na Союзy) i kontynuować szósty rok francuskiego (ze względu na istnienie kosmodromu ESA w Gujanie Francuskiej). Starsza siostra Marysi, Ela, ma 18 lat i nadal nie wie, co chce robić w życiu, więc nadal chodzi na miękkie i twarde zajęcia techniczne, rok wcześniej skończyła podstawowe kursy matematyki i polskiego, a obecnie kończy zajęcia z historii. Ania, ich dziewiętnastoletnia kuzynka, przerwała zajęcia techniczne w pierwszym możliwym terminie, wybiera się na medycynę, i kończy podstawowe kursy z matematyki oraz fizyki, a także zaawansowane z biologii i chemii.

Mam nadzieję, że powyższa rozpiska dobrze ilustruje proponowane przeze mnie rozwiązanie, jednak jeśli pojawi się zainteresowanie, mogłabym zaprezentować w formie tabeli plany lekcji wyżej wymienionych uczniów. Sądzę, że ludzie, którym zostałaby dana możliwość takiego poziomowania (przy czym to, na którym ktoś jest poziomie, ustala się przy pomocy testu, nomen omen, poziomującego – oznacza to, że niektórzy mógłby skończyć wcześniej, i zacząć materiał ze studiów, lub porzucić zagadnienie), byliby samodzielni oraz nie żałowaliby czasu, poświęconego na naukę. Umieliby też nawiązywać kontakt z różnymi osobami, przebywając w urozmaiconych grupach.

Dostrzegam tylko jedną wadę: Polska musiałaby mieć niebotyczny budżet, żeby publiczna edukacja działała w ten właśnie sposób.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale