Już kilkakrotnie pisałem tutaj, że nie oglądam meczów futbolowych polskich drużyn klubowych, bo nie interesuje mnie sport na poziomie podwórkowym. Drzemią jednak chyba we mnie jakieś pokłady masochizmu, gdyż postanowiłem zerknąć na mecz Lech Poznań–Inter Baku. Nie, nie od samego początku; aż tak niewrażliwy na ból nie jestem. Włączyłem odbiornik w pięćdziesiątej-którejś minucie. Myślałem, że w tym momencie będzie jakieś 2:0, może 3:0 dla Lecha. W końcu Inter Baku to w skali europejskiej naprawdę kiepska drużyna, a Lech to przecież mistrz Polski!
59
BLOG
Było jednak 0:0. Pierwsze, co usłyszałem, to słowa redaktora Kołtonia: cieszę się, że Lechowi udało się przejąć inicjatywę. Oho, pomyślałem, to znaczy że do tej pory inicjatywę miał Inter... Dobrze się zaczęło...
Ja, przyznaję, przejęcia tej inicjatywy nie dostrzegłem. Widziałem za to wyrównane spotkanie na bardzo niskim poziomie. Mnożyły się niecelne i bezmyślne podania z obu stron, bezładna bieganina i kompletny brak jakiejkolwiek taktyki w grze. Myślę, że najlepszym podsumowaniem tego żenującego widowiska były słowa Mateusza Borka: Gancarczyk trafił w piłkę. Tak, w tym meczu był to niewątpliwie sukces...
No i w końcu, po koszmarnych błędach obrony, Azerowie strzelili bramkę. Wyłączyłem wtedy telewizor. Przestało mnie już obchodzić, kto przejdzie do następnej rundy. Nawet jeśli uda się to Lechowi, to ze Spartą Praga nie będzie mieć najmniejszych szans. Poza tym, po uczcie dla oczu, jaką były niewątpliwie niektóre (nie wszystkie!) mecze na Mundialu, nie chce się oglądać takiej kopaniny. Po dobrym południowoafrykańskim winie nie warto raczyć się krajowym owocowym sikaczem, nieprawdaż?
Prawdaż.




Komentarze
Pokaż komentarze (14)