Kupiłem zeszyt. Naczytawszy się trochę o Afryce, zatytułowałem pierwszą stronę: NIEWIDZIALNE - podróż do Burkina Faso, pora deszczowa 2014.
Samochodem do Monachium. Zaczyna padać deszcz. Gwałtowny deszcz. Wypadek na drodze tuż przed niemiecką granicą w Zgorzelcu. Zmiażdżony samochód półciężarowy. Z kabiny miazga. Nie ma szans, żeby przeżył, ktokolwiek tam był. Objazd. Na stacji benzynowej tuż koło śmierci, w kręgu śmierci - kawa, hot dog. Kobieta przeżywa. Z uniesieniem opowiada sprzedawczyni, dzieli się z nią przeżyciem, jakie straszne, jak ludzie jeżdżą, jak niewiele trzeba, żeby zginąć, jak się poruszamy po krawędzi widzialnego i niewidzialnego, które jest tuż za zakrętem, tuż obok, w powietrzu, w najbliższej przyszłości, za parę sekund, tuż obok. Niewidzialnego nie widać i stąd nieostrożoność ludzka.
- Nie warto się spieszyć - mówi sprzedawczyni w firmowej bluzeczce stacji paliw.
Powiedzonka, przysłowia, szablony, którymi kwituje się takie sprawy. Zdarza się. Takie jest życie. Co poradzić. Trzeba żyć. Ostrożność nie zawadzi. Jak plansze wycięte ze styropianu z hasłami na każdą okazję. Hasła zatykacze.
No bo co innego? Usiąść wspólnie w tym kręgu śmierci? Pomodlić się wspólnie na tej stacji paliw? Nikt nie ma na to czasu i ochoty - myślę sobie, popijając kawę zagryzaną hot dogiem i patrząc w strugi rozpryskującego się o asfalt deszczu.
Papieros. Dym z papierosa. Widzialne zmienia się w ledwo widzialne, potem w niewidzialne. Dym, jako stan przejściowy. Granica.
Za granicą, u Niemców też wypadek. Znów objazd. Uśmiechnięta dziewczyna w strażackim mundurze wyraźnie zadowolona z roli, jaką pełni. Jest tu po to, żeby informować wszystkich przejeżdżających, na którą drogę się udać teraz, gdy główna jest nieprzejezdna z powodu wypadku.
- Munchen, Munchen! - krzyczymy.
Gestem zamaszystym pokazuje drogę. Wciąż pada.
W mokrym, kapiącym Monachium w środku nocy czeka na nas w mieszkaniu gościnna i troskliwa siostra Grzegorza. U niej śpimy. Tu, na parkingu zostaje samochód.
O świcie wyładowujemy z auta ciężkie torby. Musimy się dostać na lotnisko. Każdy ma bagaż podręczny ze swoimi rzeczami i po dwie torby z rzeczami dla Afrykanów, po około 23 kilo każda, bo tyle można przewieźć samolotem. Dźwigamy więc we troje, Grzegorz, Lidia i ja, w sumie prawie dwieście kilo. Na przystanek autobusowy. Potem na S-bahn. I wreszcie na lotnisko. Bagaże główne zważone przeszły.
Zapomniałem przepakować sztućce do bagażu głównego. Zatrzymują mnie na bramce. Każą wyjąć. W jednym urządzeniu jest łyżka, widelec i nożyk. Nieużywane. Kupione w sklepie sportowym tuż przed wyjazdem. Mierzą długość ostrza nożyka. Za długie.
- To zabronione w Niemczech - mówią. Wzywają policję. Z ulgą przyjmuję wiadomość, że wystarczy im to zostawić i mogę lecieć.
Lot Munchen- Paris.
W samolocie na przemian powtarzam francuski oraz zwroty i słówka w języku moore.
Neda - person
Ne y zaabre - good afternoon
Zaabre kibare - good afternoon, response.
Wan wan toto - how
Yelle - problem
family - zak ramba
So kendre puusgo - travelling
Wend na gu fo - may God protect you
Znikają Niemcy. Wlatujemy w chmury. Przebijamy się lekko, leciutko przez zwiewną chmurzastą zasłonę w niewidzialną z dołu część nieba, którą wypełnia bardzo jasne słońce.


Komentarze
Pokaż komentarze