giulio giulio
92
BLOG

Niewidzialne

giulio giulio Społeczeństwo Obserwuj notkę 0

Kupiłem zeszyt. Naczytawszy się trochę o Afryce, zatytułowałem pierwszą stronę: NIEWIDZIALNE - podróż do Burkina Faso, pora deszczowa 2014.

Samochodem do Monachium. Zaczyna padać deszcz. Gwałtowny deszcz. Wypadek na drodze tuż przed niemiecką granicą w Zgorzelcu. Zmiażdżony samochód półciężarowy. Z kabiny miazga. Nie ma szans, żeby przeżył, ktokolwiek tam był. Objazd. Na stacji benzynowej tuż koło śmierci, w kręgu śmierci - kawa, hot dog. Kobieta przeżywa. Z uniesieniem opowiada sprzedawczyni, dzieli się z nią przeżyciem, jakie straszne, jak ludzie jeżdżą, jak niewiele trzeba, żeby zginąć, jak się poruszamy po krawędzi widzialnego i niewidzialnego, które jest tuż za zakrętem, tuż obok, w powietrzu, w najbliższej przyszłości, za parę sekund, tuż obok. Niewidzialnego nie widać i stąd nieostrożoność ludzka.

- Nie warto się spieszyć - mówi sprzedawczyni w firmowej bluzeczce stacji paliw.

Powiedzonka, przysłowia, szablony, którymi kwituje się takie sprawy. Zdarza się. Takie jest życie. Co poradzić. Trzeba żyć. Ostrożność nie zawadzi. Jak plansze wycięte ze styropianu z hasłami na każdą okazję. Hasła zatykacze.

No bo co innego? Usiąść wspólnie w tym kręgu śmierci? Pomodlić się wspólnie na tej stacji paliw? Nikt nie ma na to czasu i ochoty - myślę sobie, popijając kawę zagryzaną hot dogiem i patrząc w strugi rozpryskującego się o asfalt deszczu.

Papieros. Dym z papierosa. Widzialne zmienia się w ledwo widzialne, potem w niewidzialne. Dym, jako stan przejściowy. Granica.

Za granicą, u Niemców też wypadek. Znów objazd. Uśmiechnięta dziewczyna w strażackim mundurze wyraźnie zadowolona z roli, jaką pełni. Jest tu po to, żeby informować wszystkich przejeżdżających, na którą drogę się udać teraz, gdy główna jest nieprzejezdna z powodu wypadku.

- Munchen, Munchen! - krzyczymy.

Gestem zamaszystym pokazuje drogę. Wciąż pada.

W mokrym, kapiącym Monachium w środku nocy czeka na nas w mieszkaniu gościnna i troskliwa siostra Grzegorza. U niej śpimy. Tu, na parkingu zostaje samochód.

O świcie wyładowujemy z auta ciężkie torby. Musimy się dostać na lotnisko. Każdy ma bagaż podręczny ze swoimi rzeczami i po dwie torby z rzeczami dla Afrykanów, po około 23 kilo każda, bo tyle można przewieźć samolotem. Dźwigamy więc we troje, Grzegorz, Lidia i ja, w sumie prawie dwieście kilo. Na przystanek autobusowy. Potem na S-bahn. I wreszcie na lotnisko. Bagaże główne zważone przeszły.

Zapomniałem przepakować sztućce do bagażu głównego. Zatrzymują mnie na bramce. Każą wyjąć. W jednym urządzeniu jest łyżka, widelec i nożyk. Nieużywane. Kupione w sklepie sportowym tuż przed wyjazdem. Mierzą długość ostrza nożyka. Za długie.

- To zabronione w Niemczech - mówią. Wzywają policję. Z ulgą przyjmuję wiadomość, że wystarczy im to zostawić i mogę lecieć.

Lot Munchen- Paris.

W samolocie na przemian powtarzam francuski oraz zwroty i słówka w języku moore.

Neda - person

Ne y zaabre - good afternoon

Zaabre kibare - good afternoon, response.

Wan wan toto - how

Yelle - problem

family - zak ramba

So kendre puusgo - travelling

Wend na gu fo - may God protect you

 

Znikają Niemcy. Wlatujemy w chmury. Przebijamy się lekko, leciutko przez zwiewną chmurzastą zasłonę w niewidzialną z dołu część nieba, którą wypełnia bardzo jasne słońce.

giulio
O mnie giulio

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo