Fot. K.Mączkowski
Fot. K.Mączkowski
Krzysztof Mączkowski Krzysztof Mączkowski
66
BLOG

Tańcz albo giń, czyli "Którędy do wyjścia” Katarzyny Boni

Krzysztof Mączkowski Krzysztof Mączkowski Kultura Obserwuj notkę 0
Drażni zbędna egzaltacja. Zachwycają celne obserwacje. Boli prawda o globaliźmie.

Jestem po tej samej stronie wrażliwości, co Katarzyna Boni. Mamy te same poglądy na sprawy klimatu i troski o przyszłość Ziemi, a mimo to jej książka „Którędy do wyjścia” jest dla mnie sporym, i częściowo nieprzyjemnym, zaskoczeniem. Zaczyna się niefajnie, gdy tłumaczy potrzebę latania po świecie, by „dotknąć” katastrofy klimatycznej tam, gdzie jest ona najbardziej odczuwalna. Przypomina mi się głos jednego z polskich klimatologów, którzy słuchając takich opowieści, pyta „naprawdę musi?”…

Zły byłem na Autorkę, że potęguje emocje strachu, niekiedy paniki, wycofania i przerażenia, ale szybko przychodzi wstyd, gdy uświadamiam sobie, że w ten sposób projektuje swoje własne emocje i zahamowania, problemy zdrowotne i poczucie osaczenia samymi złymi tematami. 

Ale nadal mam pretensje do niej o to, że wielokrotnie stosuje taki mały szantaż emocjonalny, w rodzaju: jak możesz nie przejmować się tym wszystkim tak jak ja? Autorka dzieląc się tymi traumami próbuje jednocześnie – tak to czuję – przerzucić je trochę na każdego z nas. Po co?

Trochę szkoda, że ta atmosfera przykrywa naprawdę ważne opinie i informacje – które najwyraźniej giną w zalewie traum, strachów i niepewności. Na przykład to, że potęgowanie określeń w rodzaju „straszny, okropny, apokaliptyczny” na otaczają nas rzeczywistość powoduje, że „… słowa tracą moc. Nie zbliżają nas do doświadczenia rzeczywistości”. Albo, że nie ma sensu rozpatrywać spraw pojedynczo, bo „świat nie składa się z tematów, tylko połączeń”. Całość zobaczymy tylko wtedy, gdy sprawy górnictwa, wody, prywatyzacji i sytuacji ludzi różnych częściach świata spróbujemy ogarniać całościowo. Albo to, że niebezpieczeństwo zanikania torfowisk ma podwójny wymiar – tracimy rezerwuar wody i do powietrza wydostaje się „cały zgromadzony przez tysiące lat węgiel do atmosfery”. Albo, że „globalne przegrzanie zagraża pszenicy. Nie oszczędzi ryżu ani kukurydzy”. I co, wyobrażacie sobie świat bez makaronu albo popcornu?

Katarzyna Boni popada czasami w przesadną egzaltację, pisząc: „Kiedy byłam mała i żyłam w holocenie”. Nie żyła w holocenie, bo sama kilkanaście stron wcześniej pisze, że „epokę człowieka” datuje się od 1952 r. A ona jest młodsza… Po co to robi? By podgrzać atmosferę i niepotrzebnie dodać emocji?

Takiego dramatyzowania jest więcej. „A przecież żyjemy w świecie, w którym małże pieką się w muszlach na nabrzeżu, a czereśnie gotują na gałęziach drzew”. Po co to? „Robiłam plany na przyszłość, której nie będzie”. Po co to? „Katastrofa wydarza się teraz”… Nie od dziś wiemy, że takie notoryczne straszenie najgorszymi scenariuszami jest bezskuteczne, bo ludzki umysł wypiera to i zaciera w świadomości. I myślę, że książka Katarzyny Boni także w swej wymowie nie będzie skuteczna, a szkoda… 

Dla odmiany, bardzo cennym motywem tej książki jest uwypuklona sprawa przerzucania przez korporacje odpowiedzialności na pojedynczych ludzi wzbudzając w nich poczucie winy za niszczenie środowiska, podczas gdy korporacje robią to bez mrugnięcia okiem. „Życie w cieniu śladu węglowego to życie pełne winy”. Co ciekawe, reklama osobistego śladu węglowego została wymyślona i spopularyzowana przez … BP, „brytyjskie przedsiębiorstwo naftowe, które odpowiada za jeden procent globalnych emisji gazów cieplarnianych. Koncern, który podtrzymuje uzależnienie światowej gospodarki od ropy i czerpie z tego gigantyczne zyski, nauczył nas czuć winę za to, że żyjemy”.

Katarzyna Boni dotknęła tym samym w sedno problemu współczesnej narracji o zmianach klimatu, gdy wielkie korpo trując niemiłosiernie uważają, że to my, obywatele, robimy więcej złego. 

Mniej więcej w połowie nastrój się zmienia – Autorka otwiera się na nadzieję. Trochę w związku z dobrymi zmianami w jej życiu. „Wybierasz przyszłość” – cytuje rozmowę Rebecci Solnit z Lauren Markham. I pisze sama od siebie: „Czy obok martwienia się o to, co znika, znajdę miejsce na cieszenie się tym, co jest?”.

Katarzyna Boni jest kolejną publicystką, która umiejętnie wychwyciła głosy naukowców, mówiących, że tym „co jest straszne, to utrata bioróżnorodności”. No właśnie, wielu z nas, nie będzie miało żadnego wpływu na zmianę klimatu, ale na ochronę lokalnych zasobów wody czy przyrody, co z kolei ma znaczenie dla spraw adaptacji do zmian klimatu – już tak.

Ta strasznie nierówna książka, miesza emocje z rzetelną wiedzą i cennymi uwagami. Co z tego zostanie zapamiętane – to już kwestia każdego czytelnika z osobna. Gdybym miał opowieść Katarzyny Boni podsumować, to wybrałbym – zgodnie ze swoimi nastrojami – zacytowaną przez nią fragment innej książki, „An Ecotopian Lexicon” Sama Solnicka: „Apokalipsy mówią nam, że wszystko jest stracone, bo świat się kończy – albo z jękiem , albo z krzykiem. Apokalipso pokazuje, że choć sytuacja naprawdę jest zła, nie powinniśmy się poddawać, bo – choć niektóre rzeczy się, inne zaczynają. Przestań jęczeć, zacznij tańczyć”.

I warto tu dodać, że słowo „apokalipso” powstało z miejsca, gdzie „apokalipsa spotyka calypso, strach zabawę, celebracja – krytykę”. I nie zawsze – to już słowo ode mnie – o dosłowny taniec chodzi, a o umiejętność znajdowania sił do aktywności w trudnych warunkach.




Katarzyna Boni, Którędy do wyjścia, Wyd. Agora, Warszawa 2025


Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura