Widok marszałka Komorowskiego ogłaszającego z marsową miną, że nie chce, ale musi wygasić mandat Jana Ołdakowskiego (wbrew oczywistym faktom: ekspertyzom oraz wykładni przyjętej przez marszałka Jurka w 2005 roku) każe zastanowić się czym różnią się działania podejmowane przez PO od podejmowanych 2 lata temu przez PiS. Podobnie - stanowcza odmowa poparcia kandydatury Zbigniewa Romaszewskiego na wicemarszałka Senatu. Jak do tej pory - a nie doszło jeszcze nawet do zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska - mamy do czynienia z odwetem na PiS oraz zawłaszczaniem państwa wszędzie, gdzie nadarza się ku temu okazja. Tak samo jak w roku 2001 na początku rządów SLD oraz w 2005 kiedy władzę przejął PiS. Dlaczego zatem PO nie doznaje za te działania krytyki porównywalnej do tej sprzed dwóch lat, a jej notowania będą (do czasu) wzrastać?
Otóż niezależnie od sporej grupy zacnych polityków i wyborców PO zwycięstwo wyborcze w dużej mierze związane jest z logiką totalnej, niemerytorycznej krytyki PiS-u. Ten styl krytyki wywodzi się z choroby typowej dla wielu przedstawicieli polskiej inteligencji, którą można by nazwać "estetyzacją" polityki. Opiera się ona na symbolizowanych przez przywiązanie do Unii Wolności czy prezydentury Kwaśniewskiego, a mające swe korzenie jeszcze w PRL-u, kryteria wyboru politycznego. W wykreowanym przez medialny mainstream (z "GW" na czele) kanonie najbardziej liczącymi się wyznacznikami stały się wygląd, znajomość języków, medialność, stosunek do historii najnowszej i układność w polityce zagranicznej, a największą obawą "wstyd przed Zachodem". Trzy pierwsze cechy niewątpliwie są w polityce przydatne. Jednak podczas gdy na Zachodzie są one przede wszystkim kryteriami nieuświadomionych warstw społeczeństwa, w Polsce stały się one decydujące dla znaczącej części inteligencji - to już patologia. Czwarte kryterium pominę - to temat na oddzielny tekst. Ostatnie jednak - dotyczące polityki zagranicznej - rozwinąć warto. Rozumienie roli Polski za granicą, jako możliwie najszybszego przytakiwania wszystkim pomysłom partnerów (bo inaczej stajemy się np. "hamulcowymi Unii") jest całkowicie anachroniczne i szkodzi długofalowym interesom Polski. I tyle, o ile w sferze "estetycznej" czy "werbalnej" rząd Kaczyńskiego był w grze międzynarodowej nieporadny i zasługiwał na krytykę, o tyle posunął Polskę do przodu przypominając o prawdziwych celach polityki zagranicznej. Przypominała również - zwłaszcza za rządów SLD - ustami Rokity czy Saryusza-Wolskiego - Platforma. Całkiem prawdopodobne wydaje się, że Radek Sikorski jako szef MSZ będzie kontynuatorem tej właśnie tradycji.
Niezależnie od tego jednak, znacząca część polskiego społeczeństwa głosując na PO wyraziła jedynie chęć powrotu do dawnego świata "gładkich" i uśmiechniętych polityków. Emocje zaś, które wzbudziły w tej grupie rządy PiS spowodują, że zawłaszczanie państwa przez Komorowskiego i Tuska, podparte retoryką "antykaczystowską", będzie bolało mniej niż to samo w wykonaniu Kaczyńskich czy Gosiewskiego.
Choroba "estetyzacji" stała się też przyczyną zasadniczego przesunięcia obozu Kaczyńskich w stosunku do wczesnych lat 90. Skoro inteligencja stała się w dużym stopniu niedostępna, należało odrzucić hasła "modernizacyjnej prawicy" łączące się z krytyką ZChN i Radia Maryja, i przejąć, zarówno hasła, jak i elektorat tych środowisk. Kaczyńscy w odpowiednim momencie wyciągnęli rękę do przegranej prawicy konserwatywno-narodowej i swój plan zrealizowali. Dla młodych, radykalnych krytyków Kaczyńskich pouczająca może być lektura artykułów prasowych z czasu "wojny na górze", kiedy w ewidentny sposób, co przyznaje nawet Sławomir Sierakowski, to środowisko Kaczyńskich stało na pozycjach demokratycznych w stosunku do środowiska Michnika, które optowało za oświeconą władzą OKP.
Inna dolegliwość stała się udziałem części elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Syndrom oblężonej twierdzy i partyjniactwo. Ginie polska racja stanu, liczy się tylko bardzo specyficznie pojęty interes PiS. Szczególnie źle widziane są jakiekolwiek refleksje nad powyborczą porażką czy zmianą kierownictwa (z obelgami spotykają się często także przychylni skądinąd PiSowi publicyści - np. Jan Wróbel), jak również nad osiągnięciami rządu Kaczyńskiego (np. reakcje na doskonały, według mnie, tekst współtwórcy projektu IV RP, Rafała Matyi). Zdrajcami bywają także nazywani politycy PiS oraz komentatorzy nawołujący do koalicji konstytucyjnej PO-PiS. Chyba jeszcze żadnej partii nie udało się do tego stopnia wciągnąć swoich zwolenników do politycznej wojny.
Dyskusyjna jest natomiast, moim zdaniem, skuteczność proponowanej przez wyznawców Kaczyńskich wojennej strategii. Zgodnie z nią należałoby machnąć ręką na zbyt krytycznych w stosunku do kierownictwa i zastąpić ich wiernymi żołnierzami. Partia jednej frakcji jest jednak w oczywisty sposób partią gorszą. Nikomu bowiem nie udało się (proszę skorygować, jeśli się mylę) zdobyć monopolu na prawdę i słuszność. W PiSie Kaczyńskiego i Gosiewskiego prędzej czy później zrobi się duszno i dworsko, zapanuje intelektualny marazm. Trzej wiceprezesi zorientowali się w porę, ale ponieśli porażkę. Dolegliwość Kaczyńskiego, polegająca na nieodróżnianiu krytyki merytorycznej od niemerytorycznej nie tylko nie ustępuje, lecz narasta, pielęgnowana przez jego najbliższe otoczenie, udzieliła się nawet jego zwolennikom. Jeśli Kaczyński szybko się nie zreflektuje, może już nigdy nie wrócić do rządzenia. Premier zdobył władzę otwierając się na odrzucone grupy społeczne. Obecnie zamyka się w kółku wzajemnej adoracji swoich działaczy i wyznawców, a to PiSowi głosów z pewnością nie przysporzy.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)